Za wszelką cenę

Hilary Swank uzależniła się od boksu. Christian Bale o mało się nie zagłodził. Renee Zellweger przeszła załamanie nerwowe, bo cztery razy musiała tyć i chudnąć ponad 20 kilo. A Uma Thurman pomimo klaustrofobii spędziła tydzień zakopana w grobie. Ambicja czy autodestrukcja? Zobacz, do jakich poświęceń zdolni są aktorzy, by zdobyć uznanie reżyserów i zrobić wrażenie na widzach.

Jasne, że sobie poradzę”, powiedziała agentce Hilary Swank, gdy usłyszała, że ma szansę na główną rolę w filmie „Za wszelką cenę” (Million Dollar Baby). Musiała tylko w ciągu 90 dni opanować podstawy boksu i zmienić swoją szczupłą sylwetkę na tyle, by przypominała ciało kobiety, która spędziła życie na ringu. Trzy dni później aktorka spotkała się z Hectorem Rocą, byłym bokserem, a dziś trenerem hollywoodzkich gwiazd, znanym z tego, że wobec sławnych podopiecznych nie stosuje taryfy ulgowej.

FAJTERKA MIMO WOLI

Roca ocenił, że na początek Swank nie powinna boksować więcej niż półtorej godziny dziennie, bo grozi jej to kontuzją. Zażądała dwóch i pół godziny na ringu. Potem dodała do tego jeszcze dwie godziny treningu siłowego. „Przez trzy miesiące każdy mój dzień składał się z walk bokserskich, biegów, pompek, przysiadów. W młodości ćwiczyłam gimnastykę artystyczną i pływanie. Ale dopiero przygotowując się do tej roli, dowiedziałam się, co znaczy prawdziwy wycisk. Byłam tak wykończona, że odwoływałam spotkanie po spotkaniu. Pod koniec drugiego miesiąca nikt ze znajomych nie próbował się ze mną umówić”. Jak wyznała później w jednym z wywiadów, najtrudniejszy był dla niej moment, w którym zaczęły się sparingi. „Na pierwszym zwymiotowałam ze zmęczenia w połowie drugiej rundy.” Po tym wydarzeniu trener chciał dać jej kilka dni odpoczynku. Swank się nie zgodziła. „Skoro mam grać zawodniczkę, która nokautuje przeciwniczki w pierwszej rundzie, nie mogę sama ulegać słabościom”, tłumaczyła. Hector Roca kazał zapomnieć aktorce o dobrych manierach. „Podczas pierwszych sparingów przypominała przewrażliwioną pensjonarkę. Gdy zadała cios, przerywała walkę i z poczuciem winy mówiła << ojej, przepraszam, nie chciałam >>. Patrzyłem na to i przeklinałem. W końcu zacząłem na nią wrzeszczeć jak na prawdziwych bokserów: <<<Oszalałaś?! Na ringu nikt nikogo nie przeprasza! Przestać albo wywalę cię  na zbity pysk!>>>”

Hilary potwierdza: „Nigdy wcześniej nikogo nie uderzyłam, więc walenie po twarzy mężczyzny, który ze mną trenował, było gigantycznym stresem. Wiedziałam, że jeśli się nie przełamię, położę tę rolę. Budziłam się więc rano i robiłam sobie <pranie mózgu>: Dziś mu dołożysz! Jesteś twarda! I tak przez 20 minut, strojąc groźne miny do lustra”.

Za moment przełomowy uznała dzień, w którym rozbiła przeciwnikowi nos i … uśmiechnęła się do trenera. Po trzech miesiącach treningów wyglądała i zachowywała się już jak profesjonalna zawodniczka – miała umięśnione plecy, ramiona, uda i twarde spojrzenie. Clint Eastwood, reżyser filmu, był pod wrażeniem. Gdy później za tę rolę nagrodzono Hilary Swank Oscarem, powiedziała dziennikarzom, że w jej ulubionym klubie fitness w Los Angeles obcy mężczyźni kilka razy proponowali jej… walkę bokserską! Nie dała się namówić, za to jeszcze kilka miesięcy po zakończeniu pracy nad filmem chodziła na treningi. „Na jakiś czas uzależniłam się od ringu – wyznała – I od emocji, które wyzwala walka. Ciągle byłam posiniaczona. W końcu mój agent powiedział: <Musisz przestać. Jesteś aktorką, nie bokserem>. Wiedziałam, że ma rację. Schowałam więc moje rękawice bokserskie do szuflady. Ale czasem je wyciągam. Przypominają mi, że jeśli chcę, potrafię ostro walczyć”.

EKSTREMALNIE ZMIENNY

Brytyjczyk Christian Bale, pracując nad rolą w „Mechaniku”, gdzie grał cierpiącego na bezsenność pracownika fabryki, doprowadził się do tak skrajnego wycieńczenia, że lekarze mówili już o nieodwracalnych zmianach w jego organizmie. Dieta, którą sam sobie narzucił przez cztery miesiące przed rozpoczęciem zdjęć, składała się wyłącznie z gorzkiej kawy i dwóch jabłek dziennie. Raz na tydzień pozwalał sobie na puszkę tuńczyka.

Starałem się nie przekraczać 260 kalorii w ciągu doby – wspominał później aktor. – W pewnej chwili mój organizm zareagował tak, jakby zaczął się odzwyczajać od jedzenia i z trudem wmuszałem w siebie cokolwiek. Schudłem 28 kilo w 12 tygodni. Najtrudniejsza była reakcja mojej narzeczonej, która zaczęła posądzać mnie o szaleństwo. Któregoś dnia zrobiła mi zdjęcie pod prysznicemprzypominałem szkielet. Popatrzyłem na nie i zacząłem się śmiać, bo właśnie tak chciałem wyglądać w filmie”.

Doradzający Bale’owi dietetyk oświadczył, że nie bierze odpowiedzialności za jego zdrowie. Aktor się tym nie przejął: „Scenariusz opowiadał o facecie, który nie śpi od roku, powoli tracąc kontakt z rzeczywistością. Chciałem rozumieć tego gościa, czuć to, co on. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym zagrać tę postać wyspany i najedzony.”

Dwa tygodnie przed wejściem na plan Bale postanowił, że przestanie spać. Raz na trzy doby spędzał w półśnie dwie, trzy godziny. „Przyjaciele mi współczuli, a ja czułem, jak ogarnia mnie niesamowity spokój – mówił. – Nic nie było w stanie wyprowadzić mnie z równowagi, bo mój organizm skupiał się już wyłącznie na podtrzymywaniu funkcji życiowych, więc nie marnował energii na emocje”. Gdy w czasie kręcenia filmu ważący 54 kilogramy aktor oświadczył, że przerwie dietę, gdy dojdzie do 45 kilogramów, producent zabronił Bale’owi dalszych eksperymentów na sobie. „Kończysz z tym natychmiast albo przerywamy zdjęcia! Nie chcę mieć trupa na planie!” Do końca pracy nad „Mechanikiem” aktor nie schudł już ani kilograma, ale też ani trochę nie przytył. Po filmie dyskutowano o tym, czy tego typu praktyki powinny być w ogóle dopuszczalne. Bale’owi jednak radykalny wyczyn się opłacił.

Opinia aktora, który jest w stanie zrobić dla roli wszystko, przyniosła mu rozgłos. Niemal natychmiast otrzymał propozycję zagrania głównej roli w „Batmanie”. Warunek był tylko jeden. Musiał przybrać 50 kilo w ciągu pięciu miesięcy! Przytył 60, wielokrotnie przekraczając zasady zdrowego rozsądku. Gdy zapytano go niedawno, jak te metamorfozy znosi jego żona, odpowiedział: „Była ze mną, gdy grałem seryjnego zabójcę w „American Psycho”. Większość znajomych myślała wtedy, że naprawdę zmieniam się w psychopatę, a ona jakoś to wytrzymała”.

DEPRESJA IDOLKI

Gdy mówi się o tym, co Renee Zellweger zrobiła, by zagrać Bridget Jones, pamięta się jedynie, że musiała przytyć o cztery rozmiary w cztery miesiące. W jej przypadku oznaczało to dodatkowe 25 kilo i…, o czym już mniej wiadomo, załamanie nerwowe. „Na początku <wielkie żarcie> wydało mi się zabawne – wspominała aktorka. – Śmiałam się, że po raz pierwszy w życiu najem się do woli pizzy i lodów, a jeszcze mi za to zapłacą”.

Na pierwsze śniadanie w nowym stylu zaprosiła przyjaciółki: „Gdy one popijały musli zieloną herbatą, ja nałożyłam sobie na talerz osiem tostów z dżemem, trzy banany i wypiłam koktajl truskawkowy. Były brawa i mnóstwo żartów. Ale gdy zgodnie z rozpiską dietetyka trzy godziny później zjadłam podwójne spaghetti, talerz pieczywa czosnkowego i kawałek tortu, a na kolację barani udziec z frytkami – zrobiło mi się słabo”. Prawdziwy kryzys przyszedł po pierwszym tygodniu. „Czułam się jak tuczna gęś i zupełnie nie miałam energii – opowiadała aktorka po premierze. – Żeby przyspieszyć efekt tycia, zabroniono mi wysiłku fizycznego. Mój przyzwyczajony do regularnych ćwiczeń organizm (joga i biegi codziennie, siłowania trzy razy w tygodniu) zaczął się buntować”.

Zellweger była w tak złym nastroju, że stała się drażliwa i konfliktowa. „To do niej zupełnie nie pasowało – zdradził jednej z gazet jej starszy brat Andrew. – W naszej rodzinie była etatową optymistką, a nagle zaczęła zrzędzić i czepiać się o byle co. Gdy doszły do tego napady płaczu, powiedziałem, żeby poszła do psychologa. I zaraz tego pożałowałem. Wpadła w histerię i nie mogłem jej uspokoić”. Aktorka opowiadała, że zdarzało jej się „zwymiotować z obrzydzenia na myśl o tym, ile zdołała w siebie wepchnąć”. Przyjaciele podtrzymywali ją na duchu. Wielu sugerowało, że z nową figurą wygląda bardziej kobieco. „To brzmiało jak kpiny – wspominała. – Lekarz zapewniał mnie, że te 25 kilo nadwagi nie wpłynie na moje zdrowie. Ale ja się bałam, że w końcu wyląduję u psychiatry.”

Reżyserka filmu Sharon Maguire nie bardzo rozumiała, na czym polega problem aktorki. Zauważyła jednak, że wahania nastrojów u Zellweger wykraczały ponad przeciętną: „Gdy zaczynała pracę na planie, była pełna entuzjazmu, godzinę później zachowywała się jak kobieta w depresji. Na szczęście Bridget Jones też przechodziła rozchwianie emocjonalne, więc przed kamerą Renee wyglądała przekonująco”.


Po ostatnim klapsie aktorka od razu zaordynowała sobie tygodniową dietę oczyszczającą i zaczęła biegać. Nie chodziło tylko o powrót do starych nawyków – pięć miesięcy później miała zacząć pracę w musicalu „Chicago” chudsza… o 25 kilo. Czekały ją tam występy w kusym stroju tancerki kabaretowej. „W ciągu pierwszego tygodnia zrzuciłam pięć kilo – wspominała. – Ale potem waga stanęła w miejscu, choć się głodziłam i biegałam coraz więcej”.

Po pierwszym miesiącu Zellweger się bała, że nie da rady: „Byłam tak przygnębiona, że przyszłam na spotkanie z trenerem, przebiegłam jakieś sto metrów i się rozpłakałam”. Producent zalecił badanie lekarskie. Stwierdzono, że nic jej nie jest poza „drobnym załamaniem nastroju”. Sytuację pogarszało to, że aktorka miała właśnie rozpocząć lekcje tańca. „To było upokarzające – opowiadała o pierwszej z nich. – Nie mogłam nadążyć za nauczycielem, sapałam, a przy skłonach przeszkadzały mi fałdy tłuszczu. Nasze spotkanie zaplanowane było na trzy godziny. Po pierwszej poprosiłam o skrócenie zajęć.

Miesiąc przed rozpoczęciem zdjęć wciąż ważyła o 10 kilo za dużo. Producent nie krył zniecierpliwienia. Trener kazał jej pływać dwie godziny dziennie i tyle samo czasu spędzać na siłowni. Dietę aktorki ograniczył do tysiąca kalorii dziennie. „Byłam wykończona. Nie z wysiłku, tylko z lęku, czy w wyznaczonym terminie zdążę dojść do wagi określonej w kontrakcie. Moje życie w tym czasie koncentrowało się na liczeniu kalorii, ćwiczeniach i bezustannym wchodzeniu na wagę”.

Pół roku po premierze filmu „Chicago” (za rolę w tym musicalu zdobyła Złoty Glob), Zellweger usłyszała od swojej agentki, że… właśnie zapadła decyzja o nakręceniu drugiej części przygód Bridget Jones. Zła wiadomość była taka, że główna bohaterka znów będzie musiała przytyć zrzucone dopiero co 25 kilo. Rekompensatą było jedenaście milionów dolarów – trzy razy więcej niż za rolę w pierwszej części filmu. „Wiem, że w takiej sytuacji nie wypada narzekać – skomentowała tę wiadomość gwiazda – Ale zamiast się cieszyć, wpadłam w panikę”.

Po miesiącu wysokokalorycznej diety bez wysiłku fizycznego znów skarżyła się na depresyjne nastroje, a dodatkowo jeszcze bóle wątroby. Po dwóch było jeszcze gorzej – scenariusz się powtarzał. Gdy w końcu praca nad drugą częścią „Bridget Jones” dobiegła końca, aktorka dowiedziała się, że ma szansę na rolę u boku Russella Crowe’a w „Cinderella Man”, o ile tylko da radę szybko schudnąć 20 kilo. Zagrała.

A jej eksperymenty z przybieraniem i zrzucaniem kilogramów wzbudziły nie mniejsze zainteresowanie, niż grane przez nią role. Niedawno rozpoczęły się zdjęcia do trzeciej części „Bridget Jones”. Nie wiadomo, ile tym razem Zellweger musiała przytyć, ale możliwe, że sporo, bo główna bohaterka będzie starała się o dziecko. Na razie jednak aktorka jest w dobrym humorze. Trening czyni mistrza.

MATKA WALCZĄCA

Uma Thurman dostała scenariusz „Kill Billa” trzy miesiące po urodzeniu syna Roana. Nie grała wtedy dużych ról – współpraca z Quentinem Tarantino mogła jej pomóc. Po udziale w „Pulp Fiction” zdobyła nominację do Oscara.
Jak sama później przyznała, rolę zawodowej zabójczyni w „Kill Billu” przyjęła w ciemno. „Dopiero gdy wczytałam się w scenariusz, dotarło do mnie, że mam opanować w przyzwoity sposób trzy style kung-fu, dwa style walki mieczem, rzucanie nożami, walkę wręcz i podstawy japońskiego. Na pierwszy sprawdzian Tarantino dał mi dwa miesiące! Pomyślałam: to absurd!” Jednak reżyser potwierdził te warunki: „Zapowiedziałem, że jej nie odpuszczę. I że nie ma mowy o dublerce ani efektach specjalnych!

Yuen Woo-ping, mistrz wschodnich sztuk walki, który trenował wcześniej m.in. aktorów grających w „Matrixie”, po pierwszym spotkaniu z Umą był sceptyczny: „Ta uczennica nie rokowała dobrze. Po ciąży miała małą nadwagę i wiotkie mięśnie, bo wcześniej niczego poważnie nie ćwiczyła. Sprawiała też wrażenie nieco rozchwianej emocjonalnie”.

Podczas pierwszej próby machnięcia samurajskim mieczem Thurman uderzyła się nim w głowę i rozpłakała. Gdy próbując prostego chwytu kung-fu, stłukła sobie bark, zamknęła się w toalecie i nie chciała wrócić na salę treningów. Przez pierwsze tygodnie miała nadzieję, że reżyser zmieni zdanie i jednak zatrudni dublerkę. Był jednak nieugięty. Kilka razy się pokłócili.

Gdy Tarantino wyraził wątpliwość, czy Thurman w ogóle nadaje się do tej roli, postanowiła, że nie będzie się skarżyć. Na treningi często przychodziła z synem. Co jakiś czas karmiła Roana piersią i wracała na matę. Praca z Woo-pingiem chwilami przypominała wycisk, który grana przez nią w „Kill Billu” postać dostaje u mistrza pustelnika Pai Meia. „Gdy po trzech godzinach biegów, walki mieczem i powtarzania sekwencji kung-fu myślałam: wreszcie koniec, on ze spokojem oznajmiał, że… jesteśmy po rozgrzewce i pora zacząć właściwy trening”, wspominała później.

Po dwóch miesiącach trener powiedział o Thurman, że „jednak ma charakter”. Sekwencja, w której Uma jako filmowa uczennica Pai Meia wnosi ciężary po niekończących się schodach i wali gołymi pięściami w kamienne bloki, powtarzana była tyle razy, że naprawdę zaczęły jej krwawić ręce. Ale bliska zerwania zdjęć była tylko raz, gdy okazało się, że reżyser wymyślił scenę, w której jest zakopywana żywcem w trumnie. Wtedy naprawdę musiała leżeć w zamkniętej skrzyni pod ziemią. Oświadczyła, że jest klaustrofobiczną i poprosiła, by nakręcili tę scenę bez niej. Tarantino się nie zgodził. „Gdy zamknęli mnie w skrzyni i zaczęli zasypywać ziemią – wyznała potem aktorka – dostałam ataku paniki. Zaczęłam wrzeszczeć, żeby mnie natychmiast wypuścili. Tarantino to zlekceważył i otworzył wieko dopiero po 10 minutach. Miałam ochotę go zabić”. Doszło do ostrej wymiany zdań. W końcu aktorkę udało się uspokoić i namówić na jeszcze jedną próbę. A potem na kilka kolejnych. Kręcenie krótkiej sekwencji trwało tydzień. „Od rana do wieczora leżałam w trumnie, którą wciąż zamykano, zakopywano i odkopywano. Tarantino zażartował, że to wyleczy mnie z klaustrofobii, ale od tamtej pory mój lęk przed zamkniętymi pomieszczeniami tylko się nasilił”.

Po dziewięciu miesiącach zdjęć, między którymi aktorka kontynuowała treningi sztuk walki, przyznała jednak, że nigdy w życiu nie była tak sprawna jak wtedy. „Nigdy wcześniej nie czułam się też tak silna emocjonalnie. Tarantino mnie nie złamał”, żartowała po premierze, gdy relacje między nią i reżyserem wyglądały już na idylliczne. On chwalił jej „charakter i upór”. Ona odwzajemniała mu się żartami o skłonnościach sadystycznych.

Możliwe, że najciekawsze jeszcze przesz nami, bo pojawiły się pogłoski, że reżyser ma w planach trzecią część przygód pięknej zabójczyni.

Źródło artykułu: Zuzanna O’Brien „Twój styl”

Jedna myśl nt. „Za wszelką cenę

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *