Recenzja miesiąca: „Uprowadzona” – Lucy Christopher

Rzadko biorę się za pisanie recenzji książek choć dużo czytam i piszę. Jednak obok tego tytułu nie mogłam przejść obojętnie. Postanowiłam, że mój zachwyt nad książką wyrażę przez napisanie recenzji właśnie.

Z książek dla nastolatek wyrosłam dawno. Mimo to są pozycje, do których często wracam. Wspomnę tu chociażby o „Marzę o ślubie” Lucyny Legut czy „Idolu nastolatek” Meg Cabot. Po te książki sięgam z sentymentem raz na kilka lat i robię to dlatego, że wywołują całą gamę pozytywnych wspomnień z czasów gdy byłam podlotkiem. Jednakże nowe tytuły dla nastolatków omijam szerokim łukiem na księgarskich półkach. Zwyczajnie nie jest już to literatura dla mnie. Śmiem twierdzić, że wyrosłam już po prostu z takich książek.
„Uprowadzoną” znalazłam przypadkiem w odmętach Internetu, kiedy to przeszukiwałam sieć w nadziei, że natknę się na tytuł, który mnie zaskoczy i zachęci do kupna. Byłam świeżo po lekturze „Crossa” i na pewien czas miałam dosyć erotyków, których na rynku literackim wciąż przybywa (nie neguję tutaj w żadnym wypadku serii powieściowej Sylvii Day – a nawet pięknego dnia pokuszę się o recenzję).

Nie mniej okładka „Uprowadzonej” nie wyglądała przekonująco, nie zachęciła mnie. Wydawała się kolejną, jakich tysiące, powiastką dla nastolatek marzących o swoich rycerzach czy książętach. Przeczytałam jednak opis powieści i to był ten „pstryk”, który kazał mi pozostać na stronie. Pomyślałam sobie: „kurczę, czegoś takiego to chyba jeszcze nie czytałam”. Nasunęła mi się wtedy pewna myśl, ale żeby się upewnić, przejrzałam fora. Nie myliłam się. Tą myślą był „syndrom sztokholmski”.

Znałam wcześniej to słowo, nawet wiedziałam skąd dokładnie się wzięło, jednak ta tematyka w książkach i filmach jakoś nigdy do mnie nie docierała. Nawet jeżeli była w jakimś filmie to chyba nie szczególnie zapadła mi w pamięć, bo nie bardzo mogę podać przykład takiego filmu. Nie, czekaj! Przecież mogę! A „Piękna i Bestia” to niby co? 😉

Niemniej przypomnę, że syndrom sztokholmski to pewien rodzaj stanu psychicznego, w którym ofiara porwania odczuwa sympatię, solidarność, zrozumienie, więź emocjonalną ze swoim porywaczem. Niekiedy może to osiągnąć taki stopień, że osoba więziona pomaga prześladowcy, np. w ucieczce przed policją.

Skąd taka nazwa? Czy słyszeliście o wydarzeniach z 23 sierpnia 1973 roku w sztokholmskim banku? Dwóch mężczyzn napadło na placówkę z zamiarem rabunku. Bandyci wzięli czterech zakładników i przetrzymywali ich przez sześć dni. Kiedy na miejsce przybyła pomoc, zakładnicy odmówili jakiejkolwiek współpracy i bronili swoich porywaczy. Po pewnym czasie od tych zdarzeń jeden z byłych zakładników założył fundację, która miała na celu zbieranie środków na prawników rabusiów. Natomiast jedna z zakładniczek zaręczyła się ze swoim oprawcom.

Nieprawdopodobne? A jednak! A takich rzeczy dzieje się mnóstwo na świecie.
Ale wracając do „Uprowadzonej”. Ciężko zdefiniować gatunek tej książki. Thriller? Dramat? Romans? Najbardziej skłonna byłabym nazwać to dramatem, chociaż pewnie jeśli książkę sfilmowało by Hollywood wyszedł by rasowy thriller albo wyciskający łzy melodramat z nutką komedii romantycznej.

Jest to książka o dziwnym związku porywacza (jednocześnie okrutnie doświadczonego przez życie chłopca) i nastolatki Gemmy, jego ofiary, rozgrywająca się na pustkowiu.

W Bangkoku Gemma wraz z rodzicami oczekuje na lot. Na lotnisku pewien przystojniak, Tyler, proponuje jej kawę. Tak zaczyna się historia, która zaprowadzi nas na rozległe odludzie w Australii. Okazuje się, że Tyler obserwował nastolatkę od kilku lat i skrupulatnie przygotował cały misterny plan porwania. Odurzona Gemma budzi się w domu na środku pustyni i od pierwszych chwil pojawienia się tam marzy jedynie o ucieczce. Jednak Tyler od samego początku pozbawia ją złudzeń: z tego miejsca nie ma ucieczki, a oni zostaną już tam na zawsze.

Mimo to, Gemma nie raz podejmuje heroiczne próby wydostania się z pułapki. Jedna z nich kończy się niemalże tragedią. Wycieńczoną, ranną dziewczynę Tyler znajduje na pustyni. Od momentu gdy zaczyna się nią opiekować, Gemma zaczyna patrzeć na niego przychylniejszym okiem. Do tego dochodzą zwierzenia chłopaka, które jeszcze bardziej pogłębiają więź, jaka zaczyna się między nimi rodzić.

Po co Tyler porwał Gemmę? Czy zakochają się w sobie? Czy dziewczyna wróci kiedykolwiek do domu? Te pytania nurtowały mnie od chwili, gdy sięgnęłam po tę książkę. Ja już poznałam odpowiedzi na te pytania, ale ich nie zdradzę. Chcę pozostawić frajdę z czytania wszystkim tym, którzy sięgną po lekturę.
„Uprowadzona” napisana jest z perspektywy Gemmy, jest to przejmujący list, który kieruje do swojego porywacza, Tylera. Ta forma mnie urzeka. Tak samo urzekły mnie opisy pani Christopher, która doskonale wie co robi, gdy wprowadza nas w ten świat.

Książkę oceniam bardzo pozytywnie. Jest tylko jedna drobna rzecz, której mi brakowało. Liczyłam na więcej pikanterii pomiędzy głównymi bohaterami. Ale no cóż, przecież to nie jest Cross 😉

Daję 8/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *