Mężobójczyni ze Lwowa

Morderstwo lwowskiego konduktora tramwajów we wrześniu 1931 roku zelektryzowało mieszkańców podmiejskiej Lewandówki, dzielnicy biedoty. Sprawczynią okazała się jego żona, Anna Koszyczkowa, która zadała mężowi śmiertelne ciosy nożem.

Szarym świtem 7 września do pełniącego służbę w budce kolejowego zwrotniczego Stefana Drozdowskiego przybiegła lokatorka jego domu, wręczyła mu klucze do mieszkania i wzburzonym tonem oświadczyła, że miała właśnie awanturę z mężem. Na pytanie Drozdowskiego: „Co to ma wszystko oznaczać?”, Anna Koszyczkowa odparła, aby udał się do jej mieszkania, a wówczas wszystkiego się dowie. Sama zaś czym prędzej uciekła. Kilka chwil później zaintrygowany zwrotniczy był już na miejscu, a jego oczom ukazał się straszliwy widok: w niewielkim pokoju na łóżku leżał „pławiąc się w kałuży krwi” mąż kobiety, Rudolf Koszyczek.

Przybyła na miejsce komisja śledcza nie miała wątpliwości, kto jest sprawcą zabójstwa, tym bardziej, że jej przypuszczenia szybko potwierdzili sąsiedzi. Koszyczkowie – wychowujący 11-letniego Stanisława – często się kłócili, zrywali ze sobą kilkakrotnie, by po jakimś czasie znów do siebie wrócić. Do uszu funkcjonariuszy dotarła też wiadomość, że on miał liczne kochanki, ona kochanków, poza tym Koszyczka często widziano podrapanego na twarzy, co miało znaczyć, że jego połowica nie przebierała w środkach.

Rozpoczęto więc intensywne poszukiwania Koszyczkowej i jeszcze tego samego dnia znaleziono ją w domu jej dalekiego krewnego, Kazimierza Szpunarka. Na komisariacie policji zeznała, iż nie miała pojęcia, że męża zabiła, sądziła, że go tylko pokaleczyła, a z domu uciekła, bo obawiała się jego zemsty. „W roku 1919 – opowiadała – mając niespełna 18 lat, wyszła za mąż za denata. W małżeństwie tym nie zaznała ani jednego promiennego dnia. Mąż nie miał dla niej serca, zaraz po ślubie włóczył się po szynkach z różnymi kochankami, trwoniąc niewielki zresztą zarobek. Dzień w dzień musiała patrzeć własnymi oczyma na to, jak jej mąż chodził z coraz to inną kobietą, a w kieszeniach jego ubrania znajdowała całe mnóstwo listów miłosnych, pisanych przez różne kobiety”.

Odpowiedzią na jej wymówki była jedynie jego twarda pięść i brutalne słowa. „Równocześnie mąż, nie mogąc ze swoich skromnych dochodów sprostać wszystkim swym zachciankom, zaciągał liczne długi, a w ślad za tym w ubogim ich mieszkanku zjawiał się coraz częściej egzekutor sądowy, zabierając poszczególne sztuki” – opisywał losy kobiety „Tajny Detektyw” w październiku 1931 roku.

O tym, czy kobieta była winna zbrodni z premedytacją, czy też, jak twierdziła, była ofiarą i działała pod wpływem silnego wstrząsu, mieli zdecydować biegli lekarze na podstawie ran, które zadała. „Czy ciosy (…) mogły być zadane bezmyślnie, bez planu, czy też zadawane były celowo i z wyrachowaniem” – zastanawiał się „Tajny Detektyw”. Jednak do sprawy już nigdy nie wrócił…

Źródło: Życie na gorąco, Kryminalne historie sprzed lat Źródło zdjęcia [1]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *