47 lat temu miała miejsce katastrofa górnicza w kopalni „Rokitnica”

Podobny obraz

Wiedział, że go wyciągną. Żywego albo martwego, bo tak jest na kopalni. Alojzy Piontek czekał na ratunek aż 158 godzin.

Było wtorkowe popołudnie, 23 marca 1971 r. Dokładnie o 16.06 w zabrzańskiej kopalni „Rokitnica”, na głębokości 780 m, zawaliło się ponad 70 m chodnika. W rejonie katastrofy znalazło się 19 górników, w tym 37-letni Alojzy Piontek.
Po godzinie ratownikom udaje się wyciągnąć pierwszych ośmiu. Żywych, bo w chwili tąpnięcia znajdowali się na początku pechowego chodnika. Na dole zostało jeszcze jedenastu. Do domów zasypanych kopalnia wysyła delegacje z tragiczną informacją. „My z kopalni Rokitnica, męża na nockę dziś nie będziecie mieli. Ale niech się pani nie martwi. Odcięło ich, ale akcja już trwa” – wspominała Teresa Piontek, która czekała na męża z 4-letnią córką Brygidą i 10-letnim synem Norbertem.

Mimo że do akcji skierowano 150 ratowników, prace posuwały się bardzo wolno. Górotwór wciąż był niespokojny, we znaki dawał się 30-stopniowy gorąc. Dopiero 25 marca w południe ekipy docierają do zwłok pierwszego zasypanego. 28 marca, dokopują się do pięciu, w poniedziałek jeszcze do dwóch. W cud wierzyli już tylko nieliczni.

Wreszcie następuje noc z 29 na 30 marca. Wciąż nic nie wiadomo o trzech górnikach. Ludzie inż. Alojzego Wylenżka natrafiają na dużą dziurę wśród brył węgla (kawernę). Wylenżek zarządza ciszę i bez przekonania woła. W odpowiedzi słyszy ciche: „Ratunku!”.

Nie dowierza. Ale za chwilę znów słychać: „Pomóżcie, bo nie moga stąd wyjść”. Wszyscy dębieją, a głos już bardziej zdenerwowany: „Jo wos wołom, a wy się nie odzywocie!”. Wylenżek wsuwa głowę do dziury: „A ktoś ty? Jak się nazywasz?”. „Jo sam jest, Alojz Piontek. Wyciągnijcie mnie stąd. Jo jest tu od wczoraj, z drugiej zmiany”. Czas zlał mu się w jedną noc, a mijała już siódma doba od katastrofy.
Okazało się, że po zawale Piontek został przyciśnięty do ściany styliskiem od łopaty i nie mógł się poruszać. „Nie miołem nic, ani kilofa, ani młotka. Oderwałem blaszkę z hełmu i zdzierołem. Drzazga po drzazdze” – mówił później. Udało mu się przesunąć do pustej kawerny. Przeżył w niej w ciemności 158 godzin, pijąc własny mocz. Medycyna górnicza nie znała wcześniej takiego przypadku.

Kiedy już go wynosili, zapytał o godzinę. Kiedy dowiedział się, że jest pięć po szóstej, odetchnął. „To beda widzioł mecz Górnika”. Koledzy wybuchnęli śmiechem – mecz, o którym mówił, odbył się przed prawie tygodniem (Górnik Zabrze przegrał wtedy z Manchesterem City 0:2). Dyrektor szpitala z Zabrzu-Bisupicach, do którego trafił Piontek, określił jego stan jako zadowalający. Serce pracowało dobrze, ciśnienie było w porządku. Żadnych obrażeń wewnętrznych. 30 marca ratownicy do dwóch ostatnich ciał. Po 174 godzinach akcja została zakończona.

Podobny obrazPodobny obraz

Wicepremier Jan Mitręga dekoruje Alojzego Piontka (P) Kawalerskim Krzyżem Odrodzenia Polski. Górnik po załamie chodnika w kopalni Rokitnica spędził 7 dni na głębokości 780 metrów, fot. PAP/CAF/Kazimierz Seko

Alojzy Piontek stał się szybko ważną postacią PRL-owskiej propagandy. Reżyser Antoni Halor nakręcił o nim dokument „Czarne słońce”. Jego historia została też uwieczniona przez rysownika Janusza Wróblewskiego w formie komiksu („508 Alarm!” a magazynie „Relax”). Po Śląsku krążyła plotka, że po katastrofie Piontek dostał od Gierka willę i „malucha”. Faktycznie otrzymał od władz rentę, działkę pracowniczą i skromne trzypokojowe mieszkanie. Rzadko jednak z niego wychodził, bo na ulicy wytykano go palcami. Na dół do kopalni już nigdy nie zjechał. „Nie wchodzi się dwa razy w paszczę diabła” – tłumaczył.
W ostatnich latach życia ciężko chorował na pylicę. Nie mógł funkcjonować bez butli z tlenem. Zmarł 29 października 2005 roku.

Źródło: WK, Retro, Źródła zdjęć [1] [2] [3] [4]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.