Urlop od życia

Znalezione obrazy dla zapytania lost people

Wychodzą po zakupy albo do pracy i nie wracają. Dzień, miesiąc, lata. Zostawiają po sobie bolesną pustkę oraz bliskich szalejących z niepokoju i z powodu wyrzutów sumienia. Zaginieni – często na własne życzenie.

Twarze zaginionych spoglądają z wyrzutem z wyblakłych plakatów rozwieszanych drżącymi rękami na murach i wiatach przystanków. Ułożone w zgrabne stosiki tworzą mozaiki na stronach internetowych. Pojawiają się w serwisach społecznościowych. I jest ich coraz więcej. Blisko 35. proc. wszystkich zaginionych stanowią osoby, które chciały zniknąć, zerwać kontakty. Roztopić się, rozmyć w tłumie. Spalić mosty. I zacząć życie na nowo.

Ma 27 lat, jest mieszkańcem Mazowsza. Wykształcenie zawodowe. Mieszkał z matką. Pracował dorywczo na budowach, ale na kilka tygodni przed zniknięciem pokłócił się z szefem i stracił pracę. W domu zaczęły się konflikty. Bo ty się do niczego nie nadajesz, spójrz na kolegów. – Mama oczekiwała ode mnie, że będę dawał pieniądze na utrzymanie domu, mieliśmy długi – opowiada.

Zalegali za czynsz, za prąd, zapożyczyli się w parabanku. Czuł, że nie sprostał oczekiwaniom, że sobie nie radzi. – Byłem strasznie zdołowany. Najgorsze było to, że miałem poczucie winy, że powielam błędy ojca, którego nie trawię. To beznadziejny facet, zero odpowiedzialności za rodzinę. Zostawił nas i spuścił wodę – mówi Sebastian.

Od wstydu i złych myśli uciekał do kolegów, wódki i trawy. Zdarzało mu się nie trzeźwieć przez tydzień. Wtedy nie bolało. Najgorsze były chwile, kiedy dochodził do siebie i widział oskarżycielskie, smutne oczy mamy. Kiedyś mu powiedziała: „Wolałabym chyba, żebyś nie żył, niż był taki, pił przed dwa tygodnie non stop”. Wtedy zrozumiał: albo coś ze sobą zrobi, albo całkiem się stoczy. Pożyczył od kumpli pieniądze na bilet, na prom. Kiedy wysiadł w Szwecji, nie miał niczego oprócz złości. I postanowienia, że jeszcze wszystkim udowodni, pokaże. Że się odkuje i w glorii chwały bohatera przyjedzie do swojego miasteczka pięknym samochodem. Pospłaca długi matki, zaopiekuje się bratem. Zaprosi wszystkich kumpli na megaimprezę.

Ale marzenia nie spełniają się ot tak, od razu, więc milczał i łapał robotę za robotą. To była podstawowa zmiana: w pracy nie w alkoholu, topił poczucie winy. Czasem mu się śniła mama – smutna, załamana. Kiedy się budził spocony, mówił sobie: Nie dziś, może jutro, może w weekend do niej zadzwonię.

Historia Sebastiana jest niemal wzorcowa dla modelu zaginięć w ostatnich czasach. Sylwia Kaczan, dyrektor fundacji Itaka, jedynej organizacji pozarządowej, która zajmuje się poszukiwaniem osób zaginionych (trafia do niej ok. 10 proc. wszystkich spraw związanych z zaginięciami) podkreśla, że młodzi mężczyźni w wieku 18-35 lat to największa grupa wśród dorosłych, po których ginie ślad.

Dlaczego tak wielu z nich znika? Składa się na to kilka przyczyn, zarówno kulturowych, jak i ekonomicznych. W Polsce jest spore bezrobocie, trudno utrzymać się na powierzchni zwłaszcza młodym, dla których nie ma pracy. A jednocześnie to mężczyźni w naszym kręgu kulturowym są wciąż uważani za tych, którzy powinni zapewnić rodzinie byt i dostatek. W dodatku otwarte granice i przykład innych, którzy wyjechali i na obczyźnie radzą sobie lepiej niż ich przywiązani do ojczystej ziemi rówieśnicy, są wielką pokusą, kiedy pojawiają się kłopoty. Te finansowe, rodzinne i osobiste. Depresja, uzależnienia, niemożność dogadania się z rodziną. Bliscy często nie zauważają objawów nadchodzącej katastrofy. Mówią: „Ogarnij się, weź się za siebie. Rób, co ci mówię”.

Sylwia Kaczan przestrzega, aby nie traktować ludzi, którzy decydują się uciec, zerwać więzy, jako egoistów, których nie warto szukać. To są zwykłe osoby, które doszły do kresu swoich możliwości. Opowiada o młodym mężczyźnie, Piotrku, niespełna trzydziestolatku, z wioski, z rolniczej rodziny, który wyszedł z domu i nie wrócił. Pewnego dnia zadzwonił na fundacyjny numer telefonu. Zaczął tłumaczyć: w Irlandii rozpoczął nowe życie, coraz lepiej mu się układa. W domu jego zdanie nic nie znaczyło: miał pracować na gospodarce tymi samymi metodami, jakimi posługiwali się jego rodzice i dziadkowie. Nie miał nadziei, a w polskich warunkach nie było go stać na usamodzielnienie. Teraz wykonuje proste prace, ale one go cieszą. Najważniejsze, że wreszcie sam decyduje o sobie. Bardzo prosi, aby usunąć jego zdjęcia i nazwisko z bazy osób poszukiwanych. Deklaruje, że gdy opadną emocje, zadzwoni do rodziców. Teraz musi im wystarczyć wiadomość, że żyje. „Rozmowa z jego matką była bardzo trudna. Nie rozumiała, dlaczego nie możemy jej dać telefonu do syna, dlaczego nie może z nim porozmawiać” – opowiada dyrektor Itaki. – Ale takie są zasady. Być może za parę miesięcy lub tygodni stanie się tak jak w przypadku Sebastiana. Nie mógł wytrzymać napięcia, zadzwonił do Polski: „Mamo, jest dobrze. Żyję, mam pracę, nie piję, znalazłem dziewczynę, jak się nic nie posypie, przyjedziemy na urlop, to ci pewnie ją przedstawię”.

Sprawy starszych mężczyzn są bardziej skomplikowane i trudniejsze do poukładania. Bo one narastały latami, bo do kłopotów finansowych dołączyły konflikty w małżeństwie, brak satysfakcji w seksie, niedogadywanie się z dziećmi, poczucie, że się przegrało na wszystkich polach: jako mężczyzna, ojciec, człowiek, głowa rodziny.

Z mężczyznami jest jeszcze taki problem, że kiedy znajdą się pod ścianą, w sytuacji – ich zdaniem – bez wyjścia, nie mają o tym z kim pogadać. Nie wypada się zwierzać i użalać nad sobą. Do ostatniej chwili grają więc, nawet jeśli nocami obmyślają, jakby tu skończyć ze sobą. I jeszcze jedno: kiedy znikają, ich kobiety, bardziej obyte w urzędowych sprawach, lepiej zorganizowane, natychmiast aranżują akcję ratunkową. Działają, zgłaszają, przeżywają. Kiedy znika kobieta, jej mężczyzna jest często zagubiony. Czeka. Daje sobie wmówić, że nic się nie stało.
Kobiety są bardziej emocjonalne. Dlatego wśród zaginionych nastolatków więcej jest dziewcząt, które uciekły.

Michał Rapacki, kiedyś policjant, dziś właściciel firmy detektywistycznej, twierdzi, że zaginięcia nastolatków to nie jest zwykle prosta sprawa: zatrzymują się u przyjaciół bądź sympatii, a jeśli nawet decydują się ruszyć gdzieś dalej, to zostawiają po sobie czytelne ślady. Przeglądają w komputerze zdjęcia, o których odwiedzeniu marzą, zwierzają się znajomym ze swoich planów. Z dorosłymi jest dużo gorzej, zwłaszcza gdy są zdesperowani. A jeśli w grę wchodzą długi i konflikty na tle damsko – męskim, to potrafią mylić tropy całymi latami. Małe dzieci z kolei, bo liczba ich zaginięć także niepokojąco wzrasta, to zwykle ofiary rozgrywek dawnych partnerów, tzw. uprowadzenia rodzicielskie.

Najgorsze, najtrudniejsze, choć mało medialne sprawy związane są za zaginięciami starszych ludzi. Często niepełnosprawnych, tak fizycznie, jak i psychicznie. Wychodzą z domu, gubią się, błądzą, wpadają pod samochody, tracą orientację w przestrzeni. I padają ofiarą złych ludzi.

Zaginieni na własne życzenie, odnalezieni przez policję, zidentyfikowani przez przypadkowych ludzi, którzy skojarzyli ich twarz z tą z plakatu, mówią: „Ja żyję, mam się dobrze. Proszę mnie nie szukać. I nie podawać rodzinie mojego miejsca pobytu”. Choć bywa, że kiedy opadną emocje, kontaktują się z tymi, których porzucili. Informują: „U mnie wszystko w porządku, przepraszam cię za wszystko, mamo”. Albo: „Żono, przebacz, ale zapomnij o mnie”.

Źródło: Mira Suchodolska, Skarb Sierpień 2015, Źródło zdjęcia [1]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.