Lokomotywa do malowania – Vincent van Gogh

Znalezione obrazy dla zapytania vincent van gogh

Po przyjeździe do Paryża Vincent van Gogh znalazł dobrego fryzjera, wstawia sobie protezę zębów i kupuje garnitur. To, co widzi w lustrze, wydaje mu się wspaniałe. W miesiąc maluje cztery autoportrety.

En orgie – dziwny chłopiec – mówili o nim mieszkańcy holenderskiego Zundert, w którym przyszedł na świat. Trudno nad nim zapanować, bez powodu wybucha niepohamowaną złością. Kiedy matka pochwaliła słonika, którego ulepił z gliny, roztrzaskał go na jej oczach. Po jednym z napadów furii babka ze strony ojca wytargała go za uszy i wyrzuciła z pokoju.

Vincent van Gogh był najstarszym synem Theodorusa van Gogha, kalwińskiego pastora, i jego żony Anny. Urodził się na plebanii swojego ojca 30 marca 1853 roku i miał jak matka rude, gęste włosy, zielone oczy, jej melancholijny i posępny wyraz twarzy. Pastor i jego żona będą mieli jeszcze pięcioro dzieci, trzy córki i dwóch synów, ale Anna po latach powie: „Nigdy nie byłam tak zajęta, jak w czasach gdy mieliśmy tylko Vincenta”. „Jest tak, jakby celowo wybierał zachowanie, które powoduje trudności. To istna udręka dla naszych dusz” – zapisał ojciec. Udręka rodziców Vincenta van Gogha nigdy się nie skończy.

On widział to całkiem inaczej: czuł się niezrozumiany i odrzucany. Z całej rodziny tylko z Theo, młodszym o cztery lata bratem, miał bliską więź. A rodzinę po latach uzna za „fatalne połączenie osób mających sprzeczne interesy, gdzie każda jest w opozycji do pozostałych. Dwie lub więcej wyrażają taką samą opinię w danej sprawie tylko wtedy, gdy trzeba się zjednoczyć, by zablokować inną”.

Matka nigdy go nie zrozumie, a jego malarstwo uznawać będzie za śmieszne. Ale to dzięki niej poznaje podstawy rysunku, ona sama maluje – to część artystycznego wykształcenia dziewcząt z klasy średniej. Swoje dzieci też uczy muzyki i rysunku. Zachował się bardzo dobry szkic ołówkiem 11-letniego Vincenta przedstawiający fermę w Zundert. Resztę rysunków podarł, bo nie był z nich zadowolony.

Ale jako dziecko od rysowania woli samotne długie wyprawy na wrzosowiska, które rozciągają się wokół Zundert położonego w zachodniej Holandii, tuż przy granicy z Belgią. Godzinami siedzi nad strumieniem, przyglądają się wodnym żyjątkom i obserwując przelatujące skowronki, albo spaceruje polami wśród łanów żyta. „Miał umysł nastawiony na oglądanie i myślenie” – zapamiętała jego siostra Lies.

W publicznej szkole podpada od razu. Nie słucha, robi, co mu się podoba, wymagający nauczyciel Jan Dirks bije go więc i tarmosi za uszy. Według Anny van Gogh jej syn wpadł w złe towarzystwo – dzieci z niższej klasy społecznej i w dodatku katolików – i trzeba było go od nich odizolować.

Ma 11 lat, gdy zostaje wysłany do szkoły z internatem, co traktuje jak wygnanie. Spędzi tam dwa lata. Dużo później w liście ze szpitala psychiatrycznego w Saint-Remy napisze: „Czuję się tu teraz tam samo nie na miejscu, jak wtedy, gdy byłem dwunastoletnim chłopcem w szkole z internatem”. Zamyka się w sobie, pisze listy pełne tęsknoty, ale rodzice są nieczuli na jego żale. Po dwóch latach przenoszą go do lepszej szkoły Konig Wilhelm II. Jeszcze dalej od domu. To kolejny cios. Vincent izoluje się jeszcze bardziej. Ucieka w naukę, uczy się z zapałem niemieckiego, angielskiego i francuskiego, wierszy na pamięć, staje się drugim uczniem w klasie, może przejść wcześniej na wyższy poziom nauki, ale nie zmienia to dramatu, który przeżywa. Jedno z niewielu zachowanych zdjęć van Gogha pochodzi z tej właśnie szkoły. Siedzi naburmuszony wśród uśmiechniętych uczniów w swobodnych pozach, ma założone ręce i wygląda na bardzo zbuntowanego.

Tuż przed 15. urodzinami zjawia się w domu, oznajmiając, że nie wróci do szkoły za żadne skarby. Rodzice kapitulują.

Praca w antykwariacie stryja – filii renomowanej firmy Gupil & Cie sprzedającej dzieła sztuki w Hadze – ma mu pomóc się usamodzielnić. Ma 16 lat i zabiera się do niej z wielką determinacją. Chce zadowolić rodziców, zasłużyć na ich akceptację.

Zaczyna doceniać piękno sztuki i odkrywa wielkość literatury. Kiedy tylko może , chodzi do Królewskiej Galerii Malarstwa, aby kontemplować obrazy z holenderskiego złotego wieku – „Widok Delft” Vermeera czy „Lekcję anatomii” Rembrandta.

A kiedy skończy 19 lat, wieczorami odwiedza burdele. Odtąd domy publiczne będą lokalami, do których zagląda często jako pierwszych po przyjeździe do jakiegoś miasta. Czasem chodzi tam tylko po to, żeby posiedzieć i porozmawiać, „o życiu, troskach, nędzy”.

Tęskni za życiem rodzinnym, za miłością, czego właściwie nie znał. „Chciałbym wreszcie być z kobietą, nie mogę żyć bez niej, bez miłości” – pisał do brata Theo.
Kiedy kończy 20 lat, firma stryja wysyła go do Londynu. Kupuje sobie cylinder, żeby wyglądać jak kupiec. Rodzice są zachwyceni – dbałość o strój to jedno z ważniejszych obowiązków, które wpajali dzieciom. „Róbcie wszystko, aby ludzie widzieli w was dżentelmenów” – tłumaczyli im.

Ale mimo pełnego zaangażowania okazuje się, że nie nadaje się do handlu, nie umie nawiązać kontaktu z klientami i jest konfliktowy. Nie to, co jego młodszy brat Theo, ukochany syn rodziców, towarzyski, przez wszystkich lubiany – zaprzeczenie Vincenta.

Vincent dotkliwie przeżywa swoją klęskę. Szuka dla siebie innego celu, chciałby być potrzebny, służyć ludziom. Porzuca książki, które jeszcze niedawno były treścią jego życia. Teraz pochłania go religia. Zmienia swój tryb życia – zrywa z grzesznymi rozrywkami, wstaje o świcie, kładzie się wcześnie, codziennie czyta Biblię. „Boga się bój, a przykazań jego przestrzegaj” – pisze do Theo, a resztę rodziny zasypuje cytatami z Biblii i kaznodziejskimi aforyzmami. Pastor van Gogh nie cieszy się tym zbytnio. Nieopanowanie syna, przesada i brak realizmu niepokoją go i jego zdaniem wróżą kłopoty.

Vincent chce zostać kaznodzieją i lekceważy to, że nie ma do tego żadnych predyspozycji. Jeśli coś postanowi – tak już będzie zawsze – jest pewien swego sukcesu, nawet jeśli pomysł jest całkiem nierealistyczny. Marzy o prostym życiu w duchu Ewangelii. Jego celem i ideałem jest pokora, ale temperament nie pozwala mu tego ideału osiągnąć. Bywa gwałtowny, kłótliwy, obraża się, nie odzywa się do ojca.

Kiedy decyduje się na studia teologiczne w Amsterdamie, ma pełne poparcie ojca, który finansuje jego naukę. Jednak, żeby zgłębiać święte księgi, Vincent musi opanować łacinę i grekę, a to jest dla niego męka. „Czy rzeczywiście uważasz, że te okropieństwa są niezbędne dla kogoś, kto chce tego, czego ja chcę – nieść biedakom pocieszenie w ich ziemskiej egzystencji?” – pyta nauczyciela greki, który próbuje go nauczyć odmiany czasowników.

Wymierza sobie kary, żeby zmusić się do nauki: sypia na dworze, biczuje się, chodzi bez płaszcza. Ale to nie przynosi zmiany, lecz wpędza go jeszcze bardziej w depresję, którą trudno mu ukryć. Kłóci się ze stryjem Johannesem, u którego mieszka, i po 15 miesiącach studiów rzuca je i wraca do rodziców. Znów klęska, z której trudno mu się otrząsnąć.

„Och, nauczycielu, naprawdę mnie to nie obchodzi” – mówi do profesora w szkole ewangelizacyjnej w Brukseli, dokąd wysyła go ojciec, używając osobistych koneksji. Jego nowi koledzy uważają go za aroganckiego i nieprzewidywalnego. A kiedy jeden z uczniów żartuje z niego, uderza go w twarz. Nie zalicza okresu próbnego.

Znów nie wie, gdzie szukać swojego przeznaczenia. Może w górniczym, biednym regionie Belgii – Borinage? Zatrudnia się tam na okres próbny jako świeci kaznodzieja i nauczyciel katechizmu, ale nie umie trafić do biednych, zamkniętych w sobie górników, a na jego kazania z każdym tygodniem przychodzi coraz mniej wiernych. Rezygnuje z wygodnego mieszkania, rozdaje swoje ubrania, przeprowadza się do baraku i śpi na słonie, bo ma nadzieję, że w ten sposób się do nich zbliży. Ale jego nadgorliwość przeraża, jest traktowany jak zawsze: jak dziwak.

W łachmanach, boso, z osmoloną twarzą, z każdym dniem coraz bardziej wygląda na szalonego. „Nie jesteś w normalnym stanie umysłu” – słyszy nawet od przychylnie nastawionych górników. „Pan Jezus też był szaleńcem” – odpowiada.
Komitet ewangelizacyjny nie przedłuża z nim umowy. Pastor jest zdruzgotany widokiem Vincenta: wycieńczonego, nędznie ubranego, prawie bez kontaktu. Nie widzi już dla niego żadnych szans na samodzielne życie. Postanawia oddać go do szpitala psychiatrycznego i przejąć nad nim opiekę prawną. Vincent przeczuwa, że wizyta u psychiatry, na którą namawia go ojciec, skończy się próbą ubezwłasnowolnienia go, i ucieka z domu rodziców.

Wraca do „czarnego kraju”, jak nazywa Borinage. „Moje życie stopniowo staje się dla mnie mniej cenne, znacznie mniej ważne i obojętne” – pisze do Theo i popada w największą w swoim życiu rozpacz. Odcina się od rodziny, ale wraca do rysowania. Szkicuje twarze górników, ich pracę. Powstaje wtedy około 70 rysunków. W lipcu 1880 roku, po prawie roku milczenia, pisze do Theo list, który zapowiada wielką zmianę: „Wbrew mojej woli stałem się w rodzinie osobistością nie do zniesienia i podejrzaną, kimś, do kogo nie ma się zaufania”. I tłumaczy, że przeciwności i nieszczęścia są dla ludzi tym, czym zmiana upierzenia dla ptaków. „Człowiek morze pozostać niezmieniony albo zmienić się tak dalece, że będzie jak odrodzony. W każdym razie nie zmienia się upierzenia na oczach publiczności, bo to mało zabawny widok: dlatego należy uciec”. Szuka celu, ale nie zna jeszcze kierunku. Kończy list słowami: „Mój Boże, jak długo jeszcze? Ktoś ma wielki płomień w duszy, ale nikt nie przychodzi się przy nim ogrzać – przechodnie widzą tylko nikły dym i idą dalej. Niech ten, kto wierzy w Boga, czeka na chwilę, która nadejdzie prędzej czy później”.

Ma 27 lat. Niedługo potem ogłasza się artystą. I zakochuje się.

Kuzynka Kee, której prawie nie zna, budzi w nim ogromne uczucie. Chociaż słyszy od niej: „Nie, nigdy, przenigdy”, nie zamierza się poddać. Starsza od Vincenta Kee Vos Stricker była córką siostry jego matki. Miała 30 lat, gdy została wdową z ośmioletnim dzieckiem. Posępna i surowa, w ciemnej atłasowej sukni zapiętej pod szyją, porusza swoją głęboką żałobą van Gogha, który szaleje, pisze listy, ale ona ich nie czyta. Postanawia kochać Kee tak długo, aż ją zdobędzie. Rozkwita mimo nieszczęśliwej miłości, ten stan go upaja. Tłumaczy bratu: „Dla kogoś, kto kocha, wyzbycie się miłości jest tak samo niemożliwe jak zamach na własne życie. Powiesz mi na to, że zapominam o jej odmowie, a jednak dla mnie to jej nie, nigdy, przenigdy, to tylko kawałek lodu, który będę przyciskał tak długo do serca, aż się roztopi. W tej sytuacji nie wolno mi być słabym, muszę być silnym i zdecydowanym, jak stalowy nóż”.

Kiedy przyjeżdża do Amsterdamu, do domu jej rodziców, mówią mu: „Gdy ty przychodzisz do nas, ona wychodzi z domu. Na twoje ta albo żadna ona ma swoje na pewno nie on. Twoje natręctwo jest obrzydliwe”. Wkłada wtedy rękę w płomień lampy naftowej, która stoi na stole. „Pozwólcie mi na nią patrzeć tak długo, jak długo będę trzymał palce w płomieniach”. Wuj gasi lampę natychmiast: „Nie zobaczysz jej”.

Pocieszeniem ma być sztuka. To jest droga, z której nie zamierza już nigdy zejść. „To, że nie nadawałem się do handlu ani do studiów, ani do innego żadnego zawodu, nie znaczy, że nie nadaję się na malarza” – tłumaczy bratu.

Wkrótce dostaje szansę: jego powinowaty, żonaty z bratanicą matki, uznany już malarz Anton Mauve przyjmuje go do swojej pracowni w Hadze. Vincent jest zafascynowany jego obrazami. Praca go porywa, odkąd odkrywa kolor w malarstwie. „Theo, a jednak barwa to wielka rzecz” – pisze do brata. Dostaje zlecenie na wykonanie piórkiem obrazków z Hagi i cieszy się, że może zarobić rysowaniem. Ale kiedy kuzyn zleca mu w ramach ćwiczeń rysowanie gipsowych odlewów, wybucha i prowokuje awanturę. Jak zwykle nie zamierza i nie potrafi się podporządkować. Mauve przestaje się nim zajmować.

Drugi cios zadaje mu wpływowy marchand Hermanus Tersteeg, który wspierał go drobnymi pożyczkami. „Jestem pewny, że artystą nigdy nie będziesz. Zacząłeś za późno” – mówi mu któregoś dnia i Vincent nie chce go już więcej oglądać.

Tersteega i Mauve’a denerwuje niechlujne ubranie Vincenta, jego brak manier, zbliżanie się do robotników, wśród których szuka modeli. „Praca w warsztatach okrętowych, w zaułkach i na ulicach, w domach, poczekalniach, nawet w oberżach, to nie jest bardzo przyjemne zajęcie, na to trzeba być artystą. Prawdziwy artysta woli najbrudniejsze zakamarki, byleby było w nich coś do malowania, niż proszone herbatki z wytwornymi damami” – tłumaczy bratu i wyjawia mu tajemnicę, że w jego życiu kilka miesięcy temu pojawiła się kobieta.

Prostytutkę Marię Hoornik, którą nazywa Sien, poznał w szynku, siedząc samotnie nad kieliszkiem wódki. Miała 32 lata, zniszczoną twarz i zaniedbane ciało, była w ciąży i wychowywała już jedno dziecko. Spędzając ze sobą noc i van Gogh uznaje, że powinien się nią zaopiekować. „Myślałem o innej kobiecie, dla której biło moje serce, ale ona była daleko, nie chciała mnie widzieć. A tamta chodziła po ulicy chora, ciężarna, głodna. Nie umiałem inaczej postąpić” – wyjaśnia bratu.

Ma nadzieję, że uda im się stworzyć rodzinę. „Widzi, że nie jestem szorstki i chce ze mną zostać” – pisze.

Kiedy Sien rodzi syna Wilhelma, Vincent choruje na rzeżączkę, która nęka go już od lat, i też jest w szpitalu. Ale tuż przed jej powrotem wraca i organizuje im dom. Dla dziecka kupuje łóżeczko, dla Sien – wygodny fotel, na parapecie stawia kwiaty. Wszystko za pieniądze Theo, który wziął na siebie utrzymanie Vincenta i co miesiąc przesyła mu 150 franków. Teraz żyją za to we czwórkę – Vincent, Sien i jej dwoje dzieci.

Długi rosną, a Vincent się boi, że Sien wróci do prostytucji. Wydaje mu się, że jest ją w stanie uchronić. Zamierza się z nią ożenić, ryzykując utratę pomocy od Theo. „O nic nie proszę, nawet nie chcę starek filiżanki ze spodkiem, chodzi mi tylko o jedno: pozwólcie mi kochać i opiekować się moją biedną, słabą, wynędzniałą kobietą, tak jak mi na to bieda pozwala. Nie starajcie się nas rozdzielić, nie przeszkadzajcie nam, nie róbcie nam przykrości”. Ale związek ze Sien, jak wszystko w jego życiu, nie udaje się. Wbrew woli Vincenta kobieta zatrudnia się w burdelu jako pokojówka, kłócą się, jest wulgarna, pije i zdradza go. Zostawia ją, ale jeszcze długo za nią tęskni i za namiastką domu, jedynego, jaki udało mu się stworzyć, a szczególnie za małym Wilhelmem, którego gaworzenie umilało mu pracę, kiedy malował.

Po Sien zostało kilkadziesiąt rysunków, w tym najciekawszy – „Sorrow” (smutek), na którym naga kobieta siedzi na progu domu, z opuszczonymi przed siebie ramionami.

Znalezione obrazy dla zapytania vincent van gogh sorrow

Sien przeżyje van Gogha o 14 lat. W 1904 roku rzuci się ze Skaldy i utonie.

27 marca 1885 roku w drzwiach swojego domu umiera pastor van Gogh. Siostra Vincenta Anna mówi mu wprost, że przyczynił się do tej śmierci, ale on, zwykle skłonny do poczucia winy, tym razem jest zimny i wycofany. „Umieranie jest trudne, ale życie jest jeszcze trudniejsze” – stwierdza po pogrzebie.

Rzuca się w pracę, gromadząc szkice i rysunki chłopców, tkaczy, dziewek. Theo zachęca go do malowania pejzaży i stosowania jasnych barw, próbuje go zainteresować nowym kierunkiem w sztuce, którym jest zafascynowany: impresjonizmem, który zrywając z akademizmem, wprowadza do malarstwa lekkość, światło i jasne barwy oraz wrażeniowość. Niebawem Theo będzie sprzedawał za wielkie sumy obrazy największych impresjonistów, z Claude’em Monetem na czele.

Vincent jednak nie zachwyca się impresjonizmem, uważa, że „wynosi wdzięk ponad treść i niewiele wnosi piękna do tego, co jest prawdziwe”. Ma innych mistrzów: Rembrandta, romantycznego klasyka Eugene’a Delacroix czy mało znanego malarza Jeana Milleta malującego pejzaże i chłopców. Od świetlistych kolorów na razie woli kolory ziemi i brzydkie chłopskie, spracowane twarze. Chciałby malować portrety zbiorowe i w tym osiągnąć mistrzostwo. Któregoś dnia w poszukiwaniu modeli odwiedza chatę chłopskiej rodziny de Groot i obserwuje jej członków jedzących kolację. Postanawia ich namalować. Miesiąc po pogrzebie ojca pracuje dzień i noc, wieczory spędzając z rodziną de Groot. Rozmieszcza ich przy stole, mówi, jak mają pozować, szkicując ponure wnętrze chaty z belkowym stropem. Tak powstaje obraz „Jedzący kartofle” uznany potem za pierwsze arcydzieło w dorobku van Gogha.

Znalezione obrazy dla zapytania vincent van gogh jedzący kartofle

Vincent uważa swój obraz za bardzo udany, ale Theo się nim nie zachwyca, inni znawcy uznają go zalewie za interesujący, a przede wszystkim niedojrzały. Sto lat później obraz zostanie skradziony z Kroller-Muller Museum w Holandii, a jego wartość oszacowana zostanie na ponad 50 mln dolarów (rok później obraz się odnalazł).

W 1886 roku przyjeżdża do Paryża, do Theo. Odzyskuje siły, bo „nigdzie nie czuł się tak obcy, jak we własnej rodzinie i we własnym kraju”. Do stolicy Francji przybywają artyści z całego świata, to trudne miejsce do życia, ale „Paryż do Paryż, a francuskie powietrze rozjaśnia umysł i powoduje, że czujesz się dobrze. To kraina dobra” – pisze do siostry.

Znajduje dobrego fryzjera, po raz pierwszy robi porządki ze swoim zarostem, strzyże włosy zgodnie z modą, wstawia sobie protezę zębów i kupuje garnitur. To, co widzi w lustrze, wydaje mu się wspaniałe. W miesiąc maluje cztery autoportrety.

Jego paleta barw pod wpływem impresjonistów się rozjaśnia. Obiecuje Theo, że przez trzy lata będzie uczył się w atelier Fernanda Cormona, popularnego wówczas malarza akademika, który stworzył modą szkołę. Van Gogh wytrzymuje w niej tylko trzy miesiące. Jego droga musi być samotna. Zawsze trochę na rauszu, z fajką, wędruje ze sztalugami po ulach Montmertre’u – najmodniejszej części Paryża, siedliska artystycznej cyganerii – i maluje plenery, małe uliczki i zaułki, bo na to jest zapotrzebowanie wśród turystów. Zdobi też jadłospisy restauracji.

Ale jego obrazy się nie sprzedają, jest zbyt osobny, maluje wbrew trendom, jego barwy są kontrastowe i dzikie, nie ulega lekkości impresjonistów. „Pracuję samotnie, walcząc o życie i postęp w sztuce” – pisze do Horace’a Lievensa, znajomego malarza z Antwerpii.

Maluje całymi dniami, 20 obrazów dziennie, ale nikt nie chce ich kupić. Mieszka z Theo, który jest zmęczony jego nieprzewidywalnością. „Nikt nie chce mnie odwiedzać, bo prowadzi do ciągłych konfliktów, jest tak brudny i nieporządny, że dom na pewno nie wygląda przyjemnie. Wydaje mi się, jakby tkwiły w nim dwie różne istoty, jedna cudownie utalentowana, piękna i delikatna, druga samolubna i bez serca” – pisze Theo do siostry Wilhelminy. Vincent też ma dość. Po dwóch latach ucieka z Paryża i zatrzymuje się na południu Francji, w prowansalskim mieście Arles, bo znów ma pomysł, jak odmienić swoje życie.

„Mój drogi kolego Gauguin” – pisze w liście do jednego z czołowych malarzy, którego prawie nie zna – „chciałem powiadomić pana, że wynająłem w Arles czteropokojowy dom. I sądzę, że gdybym mógł znaleźć drugiego malarza skłonnego pracować na Południu, który tak jak ja byłby dostatecznie pochłonięty pracą i skłonny żyć jak mnich, który odwiedza burdel raz na dwa tygodnie, to mogłaby to być dobra robota”.

Nowy pomysł van Gogha to powołanie kolonii artystów, którzy pracowaliby razem w „żółtym domu”, jak nazywa kamienicę przy placu Lamartine 2, gdzie wynajął mieszkanie (dom zostanie zniszczony podczas nalotów w czasie drugiej wojny światowej). Na razie próbuje zwabić Paula Gauguina, który cierpi na chroniczny brak pieniędzy, a na utrzymaniu ma pięcioro dzieci. W porozumieniu z Theo Vincent proponuje mu, że brat będzie dla nich obu przesyłał 250 franków miesięcznie (pensja nauczyciela wynosiła 75 franków), a Gauguin prześle Theo jeden obraz miesięcznie.

Oczekując na jego przyjazd, pracuje pełną parą. Jedzie do Saintes-Maries-de-la-Mer nad Morze Śródziemne, gdzie maluje pływające barki, a w następnych dniach kwiaty, bo właśnie rozkwitają słoneczniki. Pisze do Theo: „Jestem lokomotywą do malowania”.

Postanawia wyrzec się wszystkiego poza sztuką. Już nie pragnie rodziny. „Malowanie i pieprzenie nie chodzą a parze, bo to rozmiękcza mózg” – pisze do zaprzyjaźnionego malarza Emile’a Bernarda. Kochanką, tłumaczy, powinna być Sztuka – a malarstwo traktować należy jak uprawianie seksu i tworzyć „spermowe” dzieła w ogromnym wysiłku. A jednak – jak twierdzi – burdel trzeba odwiedzać, ale tylko co dwa tygodnie dla celów „higienicznych”.

Brata zapewniał, że z powodzeniem radzi sobie bez Boga – i w życiu, i w malarstwie. Ale wciąż nie wiedział , co może zrobić, aby jego obrazy były kupowane i żeby mógł w końcu żyć z malarstwa. Poczucie winy wobec Theo, który już od ponad dziesięciu lat go utrzymuje, wpędza go w depresję.

Kiedy Gauguin zjawia się w Arles – 23 października 1883 roku – natychmiast wprowadza swoje porządki w niechlujnym mieszkaniu Vincenta. Stawia na stole dwie skarbonki. W jednej są wspólne pieniądze na żywność, w drugiej na wydatki ekstra: alkohol, prostytutki i tytoń. Gotuje im obiady. Vincent nie ma pojęcia o kuchni, stołował się dotąd w restauracjach. Któregoś dnia chciał się Paulowi odwdzięczyć zupą. „Nie wiem, jak połączył swoje składniki. Bez wątpienia jak kolory w swoich obrazach. W każdym razie nie mogliśmy jej zjeść” – zapamiętał Gauguin.

Obrazy, które Gauguin przesyła Theo do Paryża, sprzedają się świetnie. Paul z łatwością uwodzi piękne arlezjanki, bez problemu znajduje modelki do pozowania, co Vincentowi nigdy się nie udało. Mają całkiem inne gusta i zapatrywania na sztukę – z każdym dniem ich relacja staje się trudniejsza, a każdego wieczora w „żółtym domu” dochodzi do kłótni.

„Mój wyjazd jest konieczny” – Gauguin zawiadamia Theo van Gogha po kilku tygodniach od przyjazdu do Arles. Vincent wpada w panikę. Nie chce zostać sam. Nie może dopuścić, żeby kolejny jego projekt poniósł fiasko, więc nocami krąży po mieszkaniu niespokojny, jakby pilnował, żeby i Gauguin nie uciekł.

Tuż przed Bożym Narodzeniem późnym wieczorem Gauguin, idąc w stronę „żółtego domu”, słyszy kroki. Przerażony przyspiesza. Vincent go dogania. „Wyjeżdżasz?” – pyta. Gdy Paul przytakuje, van Gogh podaje mu gazetę, wskazując na tekst o grasującym w okolicy mordercy. Gauguin odbiera to jako groźbę. Ucieka.

Vincent wrócił do domu, wiedząc, że nic już nie może zrobić. Spojrzał w lustro. Zawsze się karał, zwykle głodówką lub spaniem na dworze. Teraz wziął brzytwę i zaczął nacinać sobie ucho. Chrząstka stawiała opór i udało mu się odciąć tylko część płatka. Zawinął go w gazetę i o wpół do dwunastej poszedł do domu publicznego nr 1, prosząc o wywołanie ulubionej prostytutki Gauguina Racheli. Dalsze zdarzenia opisała następnego dnia lokalna gazeta: „Wręczył jej ucho, mówiąc: Proszę przechować starannie ten przedmiot. Po czym zniknął”.

Gauguin wezwał Thea, a sam natychmiast się spakował i opuścił Arles, zabierając ze sobą też obrazy podarowane mu przez Vincenta.

Odtąd szpitale z krótkimi przerwami staną się domem van Gogha. Szybko wraca do malowani, do portretów – lekarzy, listonosza, jego żony. I do słoneczników. „Jest to malarstwo, które nabiera bogactwa, kiedy patrzeć na nie dłużej. Słonecznik jest w jakiś sposób mój” – pisze, zapewniając brata, że przyjdzie czas, gdy jego obrazy zaczną się w końcu sprzedawać.

Znalezione obrazy dla zapytania vincent van gogh słoneczniki
Dziś dziedziniec byłego szpitala Hotel Dieu w Arles można zwiedzać, a władze miasta dbają, aby ogród wciąż wyglądał tak jak wtedy, gdy malował go van Gogh: pełen niezapominajek, zawilców, jaskrów i stokrotek.

Kiedy po tygodniach leczenia wydaje się, że dochodzi do siebie, sam decyduje, że woli pozostać w szpitalu, czując, że nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować, zarabiać na siebie i o siebie dbać. Wybiera zakład dla obłąkanych w Saint-Remy, 25 km na północny wschód od Arles. Tu, z daleka od wierzycieli, komorników i codziennych problemów, odzyskuje spokój. Odkrywa cyprysy. Może wyjść malować tylko ze strażnikiem. A najbardziej lubi malować nocą, więc przez zakratowane okno szpitalnego pokoju przygląda się rozgwieżdżonemu niebu, w dzień szkicuje miasteczko Saint-Remy i łączy te elementy w swoistą wizję – wzgórza, domy miasteczka z cyprysami na pierwszym planie i niebo z gwiazdami i księżycem. Tak powstaje – w czerwcu 1889 roku – jeden ze wspanialszych obrazów van Gogha – „Gwieździsta noc”.

Znalezione obrazy dla zapytania vincent van gogh gwiaździsta noc

Wiadomości ze świata realnego powodują nawroty choroby. Najsilniejszy atak wywołuje wieść, że żona Theo spodziewa się dziecka. Nazwie go Vincent. Dla van Gogha, który rok wcześniej bardzo przeżył ślub Theo, oznacza to ostateczną utratę brata, jego uwagi i miłości.

Tym razem atak choroby pozbawia go kontaktu z rzeczywistością. Ma halucynacje, bełkocze. Kiedy odciął sobie ucho, lekarze uznali, że był to ostry atak manii, w Saint-Remy zdiagnozowali odmianę epilepsji polegającą na silnych wstrząsach wywołujących stany paranoidalne, przywidzenia, nasilone emocje z euforią. Atak zwykle kończy się apatią i rezygnacją. „Za moje malarstwo płacę ryzykiem życia. Ono mi zabrało połowę rozumu” – skarży się w liście do brata.

Początek 1890 roku przynosi dobre wiadomości. W renomowanym piśmie „Mercure de France” młody, ale już słynny krytyk Albert Aurier odkrywa van Gogha dla świata. Nazywa go „ekscytującym, potężnym i złożonym geniuszem”, „szlifierzem złota i drogocennych klejnotów”.

Kilka tygodni później Anna Boch, siostra belgijskiego malarza Eugene’a, kupuje obraz van Gogha „Czerwona winnica” za 400 franków. Jedyny, który zostanie sprzedany za jego życia.

Znalezione obrazy dla zapytania vincent van gogh czerwona winnica

Dwa miesiące potem obrazy van Gogha zawisną w Salonie Niezależnych na Polach Marsowych w Paryżu obok prac Georges’a Seurata, Camilla Pisarra, Henriego de Toulouse-Lautreca. Do Theo podchodzić będą nieznani ludzie, aby złożyć mu gratulacje dla brata. Gauguin napisze do Vincenta: „Spośród wielu artystów jesteś najznakomitszym”.

Theo, wierząc, że teraz już będzie lepiej, sprowadza Vincenta do małego miasteczka Auvers-sur-Oise pod Paryżem, gdzie przyjmuje znany lekarz artystów, specjalista od chorób serca i nerwic – doktor Paul Gachet (portret doktora namalowany przez van Gogha stanie się jednym z jego najdroższych obrazów).

Van Gogh pracuje dzień w dzień, na noc wracając do oberży, gdzie wynajął pokój.
27 lipca, niecałe dwa miesiące po przyjeździe, poszedł ze sztalugami na pola. Kiedy wieczorem spotkał go właściciel hotelu, van Gogh trzymał się za brzuch. Rana po postrzale z pistoletu wciąż krwawiła. „Zraniłem się” – mówi.

Żaden z lekarzy nie podjął się wyjęcia kuli z rany. Z Paryża zdążył przyjechać Theo, trzymał Vincenta w ramionach, kiedy ten następnego dnia umierał. Był pewien, że brat się zabił. „Znalazł spokój, którego pragnął” – napisał Theo do matki. „Życie było dla niego takim ciężarem… Och, matko! Był moim, jakże bardzo moim bratem”.

Theo nie otrząsnął się ze śmierci Vincenta. Choroba weneryczna, która już wcześniej osłabiła jego płuca, zaatakowała wkrótce mózg i jak ukochany brat trafił do szpitala psychiatrycznego. I tu zmarł, sześć miesięcy po śmierci Vincenta. Został pochowany obrok brata w Auvers-sur-Oise, dokąd z całego świata przyjeżdżają miłośnicy van Gogha, aby zapalić świecę na jego grobie.

Znalezione obrazy dla zapytania vincent van gogh grave

Ich siostra Willi też zmarła w szpitalu psychiatrycznym, gdzie przebywała prawie 40 lat.

Wersję o samobójczej śmierci van Gogha podważyli Steven Naifeh i Gregory Smith, autorzy znakomitej obszernej biografii „Van Gogh. Życie”. Zrekonstruowali oni bardzo dokładnie wydarzenia związane ze śmiercią malarza i ustalili, że najprawdopodobniej został postrzelony, raczej przypadkiem, przez Rene Secretana, jednego z chłopców, którzy dokuczali mu, jak to się zdarzało w każdym mieście, w którym się pojawił. Secretan pod koniec życia twierdził, że van Gogh ukradł mu pistolet, z którego do siebie strzelił, jednak wszystko wskazuje na to, że tak nie było. Gdyby van Gogh chciał się zabić, strzeliłby prawdopodobnie w głowę, a nie w brzuch, i zrobiłby to skutecznie. Najpewniej strzelił do niego chłopak, być może dla zabawy, bo nieraz go już dręczył. A van Gogh, mówiąc przed śmiercią: „Zraniłem się”, wziął winę na siebie, jak przystało na męczennika, którym był przez całe swoje życie.

Źródło: Wysokie Obcasy Czerwiec 2016, Joanna Kuciel-Frydryszak, Źródła zdjęć: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *