W płomieniach

Znalezione obrazy dla zapytania samozapłon

Przeżył niebezpieczne misje podczas wojny w Wietnamie, ale nie one wracały do niego w sennych koszmarach. Tylko pożar. Bo ciało Franka Bakera zapaliło się. Od wewnątrz!

Frank Baker przez długi czas bał się o tym zdarzeniu opowiadać. Nie chciał, żeby wzięto go za szaleńca. Był przecież bohaterem wojny wietnamskiej, dwukrotnie odznaczonym medalem Purple Heart. A że tamten koszmar cały czas go prześladował, postanowił wreszcie ujawnić to, co mu się przydarzyło w czerwcu 1995 roku. „Byłem wtedy z kolegą Peterem Willeyem w swoim domu w Vermont” – wspomina. „Miałem z nim iść na ryby. Siedzieliśmy w pokoju, gawędziliśmy. Po chwili Peter krzyknął: Palisz się! Spojrzałem na mój lewy bok. Naprawdę się palił!”

Baker spanikował, ale na szczęście na pomoc ruszył przyjaciel. W końcu ogień udało mu się zdusić. Specjaliści orzekli później, że ciało Franka zapaliło się od wewnątrz! Cudem przeżył i zainteresował się podobnymi przypadkami. Odkrył, że nie był jedynym. W sprawozdaniach strażaków i lekarzy wyczytał, że w grudniu 2010 roku, w irlandzkim Galway, znaleziono w mieszkaniu spalone ciało 76-letniego Michaela Faherty’ego. Próbując wyjaśnić ten przypadek, rozważano różne hipotezy, od mordu po wypadek z łatwopalną cieczą. Wszystkie jednak odrzucono i w końcu jako przyczynę śmierci Michaela koroner uznał… samozapalenie. Doktor Ciaran McLoughlin, który badał ciało Faherty’ego, powiedział: „Od ćwierć wieku zajmuję się ustalaniem przyczyn śmierci i wydawało mi się, że nic już mnie nie zaskoczy, a jednak… W końcu napisałem, że facet zapalił się od wewnątrz i zmarł”.

McLouhlin sugerował, że organizm Faherty’ego wydzielał palną substancję i wystarczyła iskra, by doszło do tragedii. A że mężczyzna był sam w domu, nie miał szans.

Temu przypadkowi przyjrzał się także emerytowany profesor patologii Mike Green. Twierdzi on, że w takiej sytuacji musi być źródło zapłonu, iskra, która padnie na podatny grunt i dojdzie do zapalenia się człowieka. „Problem polega jednak na tym, że nie możemy do tego źródła dotrzeć, bo ciała takich ludzi jak Faherty są bardzo uszkodzone, a tym samym ślady zatarte” – wyjaśnia. „Na pewno jednak nie musimy się w takich wypadkach odwoływać do boskiej interwencji”. Green i inni specjaliści zwracają uwagę na zachwiany metabolizm, np. u chorych na cukrzycę. Wtedy w organizmie gromadzą się substancje acetonowe. Są wyczuwalne w oddechu, można więc chorych ostrzec przed groźbą samozapłonu. Aceton jest bardzo palnym rozpuszczalnikiem, już 2,6-procentowe stężenie jego oparów w powietrzu może doprowadzić do zapłonu. Dlatego cukrzykom odradza się noszenie ubrań ze sztucznych włókien i palenie papierosów.

Dr McLoughlin, wyjaśniając przyczynę śmierci Faherty’ego, przekopał całą dostępną literaturę na ten temat. Natknął się m.in. na opracowanie profesora medycyny sądowej Bernarda Knighta, w którym zwraca on uwagę, że czasami do samozapaleń dochodzi, gdy ktoś przebywa blisko ognia, np. kominka. Knight zastrzega jednak, że choć można przyjąć istnienie samozapłonu człowieka, to nadal nie sposób wyjaśnić jego przyczyny.

W książce poświęconej samozapaleniom „Ablaze!” (W płomieniach”) Larry E. Arnold wspomina o około 200 takich przypadkach w ciągu ostatnich 300 lat. Za każdym razem rzeczy wyglądała podobnie: spalony jest człowiek, czasem fotel, na którym siedział, a reszta sprzętów wokół pozostaje nietknięta.

Jak w historii, która wydarzyła się w Muldrow w hrabstwie Sequoyah w Oklahomie. Spokojny lutowy poranek przerywa ryk strażackich syren. To sąsiedzi wezwali strażaków do 65-letniego mężczyzny, bo od dłuższego czasu nie widzieli, by wychodził z domu. Podejrzewali, że stało się coś złego. I rzeczywiście, strażacy po wejściu zobaczyli Denny’ego leżącego na podłodze. Wydawało się, że zmarł na zawał serca lub udar, ale lekarz badający zwłoki zauważył na nich poważne poparzenia.

Wokół denata nie było jednak śladów ognia. Gdyby to było podpalenie, z dymem poszedłby również dom. Zdaniem ekspertów doszło do samozapalenia. Tyle że dla policji taka wersja była trudna do przełknięcia. Orzeczono, że mężczyzna zapalił się od niedopałka papierosa. Temu wyjaśnieniu nie dali wiary ci, którzy doskonale znali Danny’ego – on przecież nigdy nie palił. Zostawiono więc werdykt ekspertów – to było samozapalenie.

„Tłumaczono nam potem, że każdy wydziela palne substancje o różnym stopniu i wystarczy niewiele, by wywołać pożar” – wspomina tamtą historię szeryf hrabstwa Sequoyah, Ron Lockhart. On sam nie krył, że długo nie przyjmował do wiadomości, że Danny zmarł z powodu… pożaru. Który wybuchł w jego organizmie. Jak do tego doszło? Tego już specjaliści nie byli w stanie wyjaśnić.

12 grudnia 1956 roku – tego dnia Virginia Caget z Honolulu na Hawajach nie zapomni do końca życia. Kiedy weszła do pokoju swojego znajomego, Young Sik Kima, zobaczyła go spowitego niebieskimi płomieniami. Wezwała strażaków. Zastali już tylko spalone ciało, wokół którego – jak zanotował jeden z nich – wiły się jeszcze niebieskie ogniki. Spalony był też fotel, na którym siedział Kim. Ale już zasłony wiszące kilka metrów od ognia pozostały nietknięte.


2 lipca 1951 roku do mieszkania Mary Reeser w St. Petersburgu na Florydzie, od pewnego czasu nie dającej znaków życia, wchodzą policjanci. Znajdują spopielony fotel i zwęglone ciało kobiety. Stojące obok plastikowe meble są nietknięte. A więc nie był to klasyczny pożar, jak podejrzewali sąsiedzi. Stało się coś tajemniczego. Po wielotygodniowym dochodzeniu oficjalnie orzeczono: „Nie było podpalenia ani wypadku. Doszło do samozapłonu”.

Znalezione obrazy dla zapytania Mary Reeser
Do sprawy włączyli się agenci FBI, ale i oni potwierdzili tę opinię. Specjaliści, wśród nich wspomniany prof. Green, mówią, że jedni emitują w naturalny sposób niewielkie ilości eterycznych związków, które są bardzo palne, inni zaś wytwarzają ich – z do końca nieznanych powodów – bardzo dużo. I to i ostatni są narażeni na samozapalenie. Źródło zapłonu znajduje się zwykle na zewnątrz ciała człowieka, trudno więc zapobiec nieszczęściu. Może nas zaskoczyć w każdym miejscu i w każdej chwili.

Takie niecodzienne zdarzenie z roku 1852 opisał angielski pisarz Karol Dickens. Chodziło o sprzedawcę Krook’a, jednego z bohaterów powieści „Bleak House”. Był pijaczyną i jego samozapalenie uznano za Bożą karę dla hulaki. Dickens prowadził nawet własne śledztwo w tej sprawie. Doszedł do wniosku, że człowiek, który dużo pije, nasącza się alkoholem, który paruje przez skórę. W sprzyjających okolicznościach wystarczy iskierka, by zamienić nadużywającego alkoholu delikwenta w żywą pochodnię. Dickens nie podejrzewał, że tajemnicza śmierć może dopaść nie tylko pijusa, ale też kogoś, kto unika alkoholu.

Źródło: Marek Sobolewski, Wróżka 5/2017, Źródła zdjęć: [1] [2] [3]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *