„Inka” – sanitariuszka żołnierzy wyklętych

Znalezione obrazy dla zapytania inka

Miała 17 lat i całe życie przed sobą. Nie mogła jednak żyć w zniewolonej ojczyźnie. Dlatego komuniści ją zabili.

A miał być bal, miały być kwiaty, zwiewne sukienki, lekkie trzewiki i modne walce grane przed laty. Miał być też chłopak, nic nie mów babci, przystojny Heniek, żołnierz z orzełkiem na czapce – tak rapuje Lilu z Maleo Reggae Rockers, grupy Darka Malejoka na koncertach „Panny Wyklęte”. Ta piosenka jest o Danucie Siedzikównie ps. „Inka” z V Wileńskiej Brygady AK. Nie zostały po niej dziewczyńskie pamiętniki ani wypracowania, tylko kilka zdjęć z partyzanckiego oddziału i jeden gryps z więzienia.

Danuta Siedzik dorastała w leśniczówce na Podlasiu, niedaleko Narewki. To było dobre miejsce na dzieciństwo – lasy i przyroda. Miała dwie siostry: starszą Wiesię i młodszą Irenkę, ukochanych rodziców, babcię Anielę, własną oswojoną sarenkę, psa i huśtawkę z grubych bali. Tata Danusi, Wacław, był leśniczym. Kiedy studiował na Politechnice w Petersburgu, zaangażował się w działalność niepodległościową i w 1913 roku został zesłany za koło podbiegunowe. Po 13 latach udało mu się uciec do Polski. W rodzinie mamy Eugenii, z domu Tymińskiej, żywa była pamięć powstania styczniowego; dom rozbrzmiewał muzyką, rysowało się laurki dla bliskich, szyło dziewczynkom marynarskie kołnierze i zajadało pierogi.

A potem przyszedł 17 września 1939 roku i skończył się ten świat. Podlasie zajęła Armia Czerwona i ojciec Danusi trafił do łagru w pierwszej (z czterech) fali wywózek. Przetrwał półtora roku w kopalni w Nowosybirskiem, zdołał dostać się do armii Andersa, ale na dalsze życie nie miał już sił. Zmarł w Teheranie w Persji w czerwcu 1943 roku. Dziewczynki nigdy nie dowiedziały się o jego śmierci. Były natomiast świadkami ostatnich dni życia matki. We wrześniu 1942 roku została aresztowana przez Gestapo za współpracę z Armią Krajową. Pobita, zarażona tyfusem, czekała na egzekucję w więziennym szpitalu w Białymstoku. Dance i Wiesi udało się ją zobaczyć pod więzienną bramą. Pożegnała je i kazała, by słuchały babci. Na skrawku papieru napisała im posłanie z więzienia: „Szczęśliwy i nie zna kaźni, kto w Pańskiej żyje bojaźni. Najmilsza jemu jest droga iść według przykazań Boga”. Danusia wielokrotnie czytała tę kartkę. Obie z Wiesią postawiły pomścić matkę i wstąpiły do Armii Krajowej. Przeszły kurs sanitariuszek. Obie kontynuowały naukę w konspiracyjnej szkole sióstr salezjanek i pracowały w nadleśnictwie Hajnówka. Musiały utrzymać siebie i młodszą siostrę. W czerwcu 1945 roku Danusia została aresztowana wraz z grupą pracowników nadleśnictwa przez NKWD.

W drodze do Białegostoku jeńcy zostali odbici przez partyzantów z V Wileńskiej Brygady AK dowodzonej przez majora Łupaszkę. Uwolniona, nie miała gdzie wracać, została w oddziałach leśnych jako sanitariuszka. Miałą dobre serce, opatrunki robiła nie tylko swoim, zostawiała je tez rannemu wrogowi, głównie milicjantom. „To też ludzie” – mówiła w oddziale.

Jesienią 1945 pod zmienionym nazwiskiem podjęła pracę w Ostródzie. Ale gdy jej brygada przeniosła się na Pomorze Gdańskie, przyjęła pseudonim „Inka” i dołączyła do oddziału. Dostała rozkaz, by przewieźć z Gdańska materiały opatrunkowe. Ostatnią noc wolności spędziła, ucząc koleżanki piosenki zabitego dwa lata wcześniej poety Andrzeja Trzebińskiego: „A jeśli będzie lato, to zboża przynieś kłos…”. Aresztowano ją rankiem 20 lipca. W poniemieckim więzieniu na Kurkowej trafiła do osobnej celi. Była więźniem specjalnym. Komunistyczne władze myślały, że dzięki niej zdobędą materiały obciążające partyzantów z oddziału. Potwornie bita i poniżana, w śledztwie 17-letnia „Inka” nie powiedziała nic. Na rozprawie 3 sierpnia 1946 roku postawiono jej zarzut strzelania do milicjantów. Już po godzinie zapadł wyrok – kara śmierci. Odmówiła proszenia prezydenta Bieruta o łaskę. Napisała na skrawku papieru jedyny gryps, że smutno jej, że musi umierać, ale żeby powiedzieli babci, że zachowała się jak trzeba. Do jej 18. urodzin został miesiąc…

Jak umarła – opowiedział ksiądz Marcin Prusak. Stanęła przed plutonem egzekucyjnym z kolegą z oddziału Feliksem Selmanowiczem. Krzyknęli: „Niech żyje Polska!” Padła salwa, mężczyzna upadł, „Inka” stała dalej – żołnierze nie chcieli mieć na sumieniu jej śmierci. Widząc to, dowódca plutonu podszedł do niej z bronią. Zdążyła krzyknąć: „Niech żyje major Łupaszko!” Tym razem strzał nie chybił…

Źródło artykułu: Dobry tydzień, Źródła zdjęć: [1] [2]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *