Hrabina Ewa Dzieduszycka – Pierwsza polska podróżniczka

Znalezione obrazy dla zapytania Ewa Dzieduszycka

Lubiła kąpać się w stawie, nocować w lesie, zdobywać górskie szczyty – ale nade wszystko: zwiedzać świat. Była jedną z pierwszych Polek, które swoje wyprawy opisały i zilustrowały własnoręcznie zrobionymi fotografiami.

Jej młodość upłynęła w kapeluszu i … gorsecie zasznurowanym pod suknią. Ale gorset przyzwyczajeń dam ze swojej sfery odrzuciła – tak szybko jak się dało.

Ewa Koziebrodzka urodziła się w 1879 roku w rodzinie wpływowej i zamożnej. Wychowała ją cioteczna babka, dama bajecznie bogata. Czuła i kochająca, lecz z zasadami swej epoki: dziewczynka nawet nie mogła czytać tego, co chciała. Ale to z nią panna Koziebrodzka odbyła swoje pierwsze podróże po Europie. Wybrała się też na wycieczkę w Tatry. Pojechała… furką do Doliny Kościeliskiej i wróciła zmęczona, bo trzęsło na wybojach. Wolała fajfy, potańcówki. Wpadła w oko hrabiemu Dzieduszyckiemu, który prowadził w Jezupolu pod Stanisławowem słynną stadninę koni arabskich.

Pobrali się w 1900 r. We dworze męża zastała potężną bibliotekę, pełną najlepszych książek. Mąż w niczym jej nie ograniczał. Pozwalał nawet jeździć na rowerze, który to widok budził grozę wśród okolicznych chłopów! Nie miał też nic przeciwko jej pierwszym samodzielnym wyprawom w Tatry, gdzie pojechała, żeby leczyć ich pierworodnego, Julka. Chodziła po górach w długich spódnicach i pantoflach, zjeżdżając nieraz na siedzeniu z co bardziej stromych stoków. Zwiedziła też Paryż i Londyn omnibusami i piechotą, z mapą w ręku. Tymczasem dom „sam” się prowadził. Dziećmi opiekowała się nauczycielka, małżonek podróżował po Europie kupując konie. A ona nabyła roczny bilet kolejowy i wyfruwała z Jezupola. Fascynowały ją Karpaty, chodziła po nich z huculskim przewodnikiem, nocując nieraz na wiązce kosodrzewiny w pasterskiej kolebie. Wyruszyła też w Alpy i zaczęła opisywać wyprawy w „Słowie Polskim” i „Wędrowcu”.

Kiedy wróciła z jednej z takich wycieczek, usłyszała od małżonka, że pragnie dokupić do stadniny kilka koni czystej krwi arabskiej. Arabowie walczyli wtedy między sobą, a paru szejków wywiozło co cenniejsze bachmaty z dala od wojny – na wyspę u wybrzeża Indii. Tam właśnie wyruszyli Dziewduszyccy na pokładzie luksusowego wycieczkowca. Płynęli z Triestu do Port Saidu w Egipcie, gdzie Ewa po raz pierwszy ujrzała bliskowschodnie miasto z meczetami, targowiskami i … tłokiem.

„Nie wie o ścisku nic, kto nie był na Wschodzie” – pisała potem.

Byli też w Adenie (Jemen), gdzie arabski przewodnik zaprosił ich do domu. Kiedy zapalił oświetlenie ujrzeli … wielkiego lwa wylegującego się w mieszkaniu.

„Nie chcąc uchodzić za tchórza, zaczęłam go głaskać. Lew mruczał może zadowolony z pieszczoty, przymykał oczy i nie objawiał żadnych krwiożerczych zamiarów” – wspominała po latach.

Dalej popłynęli do Bombaju (zatrzymali się w hotelu Tadż Mahal, najnowocześniejszym w Indiach, z windami, wentylatorami i elektrycznym oświetleniem).

Poczyniła wtedy wiele obserwacji natury społecznej: dostrzegała podział społeczeństwa na kasty, fatalne położenie hinduskich kobiet, obcesowe poczynania Anglików w skolonizowanym kraju.

W końcu dotarli na wyspę, gdzie koczowali Arabowie ze stadami. Ale do zakupu nie doszło, co lepsze konie okazały się bowiem … potomkami klaczy Mahometa, a ich cena niebotyczna.

Ruszyli potem na wycieczkę w głąb subkontynentu. Podróżowali koleją (a ściślej: luksusowym wagonem ze służbą) i automobilami, a do górskich świątyń w Ranakpur dotarli wózeczkami tonga ciągniętymi przez Hindusów. Widzieli różowy Dżajpur i święte miasto Benares (dziś Waranasi).

Hrabina była wstrząśnięta widokiem tłumów obmywających się w wodach Gangesu i płonących stosów pogrzebowych. Zmęczeni upałem, który przyprawiał ją o ból głowy i mdłości, udali się do Darjeeling u stóp Himalajów. Konno zdobyli szczyt Tiger Hill (2600 m n.p.m.), a hrabina zdołała zrobić kilka pięknych zdjęć najwyższych gór świata.

Do Jezupola powrócili z zakupionymi w końcu końmi, wioząc prezenty dla rodziny i znajomych: rubiny, klatki z papugami i figurki fakirów. O podróży hrabina napisała książkę „Indye i Himalaje”, która ukazała się w 1912 r.

Potem, już bez męża, który był zajęty, za to z „paczką znajomych” udała się przez Rumunię, Konstantynopol, czyli Stambuł, do Palestyny (wówczas w rękach tureckich), którą przemierzała wzdłuż i wszerz. Weszła na górę Karmel i Kalwarię, spacerowała po Ogrodzie Oliwnym i Dolinie Jozafata, pływała łodzią po Jeziorze Tyberiadzkim. Egipt „zafundował” jej burzę piaskową na pustyni, którą musiała przeczekać w … piramidzie i przygodę z wielbłądem, który poniósł ją przez piaski do oazy i wykąpał w rowie z wodą. Tę wyprawę opisała w drugiej książce „Z wędrówek po Ziemi świętej” (wydanej w 1914 r.).

Historia zabrała jej wszystko: życie wielu ukochanych osób, majątek. U progu drugiej wojny światowej uciekła z rodziną z Jezupola do Lwowa, hrabia wpadł tam w ręce NKWD. Już nigdy go nie zobaczyła. Ich córkę Nelę i dwie wnuczki wywieziono do Kazachstanu, gdzie jedna z dziewcząt zmarła. Hrabina z młodszym synem, Tuniem, ruszyła do Krakowa, po wojnie mieszkała przy nim we Wrocławiu. Lubiana, towarzyska, chętnie dzieliła się wspomnieniami.

„Tego jednego mi nie odbiorą!” – podkreślała.

Znalezione obrazy dla zapytania Ewa Dzieduszycka

Źródło: Dorota Filipkowska, Kobieta i życie, Lipiec 2018, Źródła zdjęć: [1] [2]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *