Tak zabija dama

Podobny obraz

Nie ma już sprawiedliwości we Francji – stwierdziła Henriette Caillaux, żona ministra finansów i wymierzyła ją sama. Strzeliła sześć razy do redaktora „Le Figaro”.

16 marca 1914 roku, o piątej po południu, do paryskiej redakcji dziennika „Le Figaro” weszła 40-letnia dama w futrze, dłonie skrywała w futrzanej mufce. Zażądała spotkania z redaktorem Gastonem Calmette’em, naczelnym gazety i jednym z najbardziej wpływowych dziennikarzy Francji. Nie było go, więc usiadła i spokojnie czekała. Gdy po godzinie wrócił, natychmiast ją rozpoznał. Zaprosił do gabinetu. Kobieta zamieniła z nim kilka słów, po czym wyjęła pistolet z mufki i oddała w kierunku redaktora sześć strzałów. Cztery razy trafiła.

 

Gdy do gabinetu wpadli pracownicy redakcji, zastali ją stojącą nad ciałem z dymiącym jeszcze pistoletem w dłoni. Próbowali ją pochwycić, ale osadziła ich stanowczym: „Proszę mnie nie dotykać. Jestem damą”. Również przybyłym policjantom stanowczo nie pozwoliła, by potraktowali ją jak pospolitego przestępcę. Odmówiła podróży na komisariat policyjnym wozem; oznajmiła, że zawiezie ją jej własny szofer, czekający w samochodzie pod redakcją. Przystali na to. Mogła być morderczynią, ale była też damą z najwyższych paryskich sfer.

W ten sposób Henriette Caillaux, żona ministra finansów Josepha Caillaux, broniła czci ukochanego męża, którego redaktor Calmette atakował od miesięcy na łamach swojej gazety. Tym razem jednak nie chodziło o politykę. Redaktor ogłosił bowiem, że jest w posiadaniu kopii prywatnych listów, które zakochany Joseph Caillaus pisał do swojej żony, i że zamierza je opublikować. Problem w tym, że gdy listy powstawały, była jeszcze żoną kogoś innego, a i sam minister był mężem innej kobiety. Romans szczęśliwie udało się ukryć, choć trwał kilka lat. Gdy w końcu po otrzymaniu rozwodów mogli się pobrać, wszystko wyglądało przyzwoicie. A teraz Gaston Calmette, którego gazeta zwalczała politykę ministra Caillaux i który już wcześniej próbował zdyskredytować go na różne sposoby, postanowił podważyć jego wiarygodność, uderzając w życie prywatne. Na tę groźbę wyczytaną przy śniadaniu w porannym numerze „Le Figaro”, Joseph Caillaux zatrząsł się w wściekłości i wykrzyknął, że da Calmette’owi w pysk, a potem go zabije.

„Gdy to powiedział, przez moją głowę przewinął się film. Widziałam, jak Joseph zabija Calmette’a, a potem policja skuwa mu ręce, aresztuje go i ciągnie przed sąd. Albo, co gorsza, on sam ginie w pojedynku z redaktorem. Tej wizji nie mogłam znieść jeszcze bardziej. Pomyślałam więc, że poświęcę siebie i zrobię to dla niego” – mówiła Henriette, gdy cztery miesiące później stanęła przed sądem oskarżona o morderstwo. Redaktor Calmette bowiem nie przeżył: ciężko ranny zmarł jeszcze tego samego wieczora. Podczas całego procesu pani Caillaux twierdziła, że popełniła ten czyn w obronie męża; chciała go ustrzec przed pojedynkiem, który zrujnowałby jego karierę czy naraził życie. W ówczesnej Francji pojedynki wciąż uważano za honorowe rozwiązywanie prywatnych spraw.

W lipcu 1914 roku ruszył długo wyczekiwany proces madame Caillaux. Choć swym desperackim czynem udało jej się zablokować druk intymnej korespondencji, to całe jej życie znalazło się teraz pod lupą wścibskich dziennikarzy. I wyszył na jaw rozmaite pikantne szczegóły. Zwłaszcza ten, który najbardziej chciała ukryć. Że Henriette wdała się w romans z ministrem, choć była jeszcze żoną pisarza Leo Claretie’go. I choć mąż dał jej rozwód, musiała długo czekać na Josepha. Jego żona Berthe nie zamierzała go od siebie uwolnić.

Joseph zaledwie dwa lata po ślubie zaczął romansować z Henriette. Pikanterii całej historii dodawał fakt, że wcześniej to właśnie Berthe zostawiła swojego poprzedniego męża dla kochanka – Josepha Caillaux. Gdy ten w końcu wymógł na niej zgodę na rozwód, natychmiast ożenił się z Henriette. Małżeństwo okazało się szczęśliwe. I bardzo bogate. Połączone majątki, warte ponad 1,5 mln franków, lokowały ich wśród najbogatszych rodzin Francji.

Podczas procesu Henriette nieustannie podkreślała rodzinne szczęście. Uwielbiała swoje spokojne życie w domu pełnym miłości, cieszyła się zasłużoną pozycją społeczną i szacunkiem – „Le Figaro” i Calmette chcieli zniszczyć to wszystko – mówiła. – Z gazetą przynoszoną codziennie na mój próg rosła moja rozpacz. Przestałam spać, byłam jak zwierzę, na które polują myśliwi. A gdy zagrożono nam publikacją intymnej korespondencji, zupełnie odeszłam od zmysłów. To nie Gaston Calmette, ale ja i moja rodzina jesteśmy ofiarami.

Pełne emocji zeznania pani Caillaux sprawiły, że opinia publiczna podzieliła się na dwa obozy. Prawicowe gazety krzyczały, że zabójstwo Calmette’a było bardzo po myśli Josepha Caillaux, bo uciszyło na zawsze jego wpływowego politycznego wroga. Lewicowe podkreślały zawziętość Calmette’a w prowadzeniu kampanii oszczerstw, której brutalność doprowadziła w końcu kochającą żonę do stanu chwilowej niepoczytalności. Dla prawicowców pani Caillaux była zabójczynią mordującą z zimną krwią – bardzo możliwe, że nawet na prośbę męża. Dla lewicowców – ofiara machinacji, których nie wytrzymała jej słaba kobieca psychika.

Joseph Caillaux był wówczas jednym z najpotężniejszych francuskich polityków – kilka lat wcześniej nawet premierem. Musiał jednak ustąpić z powodu skandalu dyplomatycznego, do którego się przyczynił. Teraz znów miał spore szanse na ten urząd. Ale jego polityczna arogancja, wynikająca z silnej pozycji i wielkiej pewności siebie, przysporzyła mu wielu wrogów. Ujawniona przez „Le Figaro” niewierność małżeńska pozwalała jego oponentom wzmocnić atak polityczny zarzutami natury moralnej. Wielu liczyło więc na efekt „afery Caillaux”, jaką miał wywołać Calmette, publikując jego prywatne listy.

Śmierć redaktora przerwała te spekulacje, wywołując inną aferę, tym razem związaną z panią Caillaux. Spora część opinii publicznej wolała jednak w niej widzieć nie tyle morderczynię, ile heroinę, która gotowa była poświęcić siebie w obronie ukochanego mężczyzny.

Proces ten zdominował życie publiczne, że Francuzi omal nie przeoczyli wybuchu wojny światowej. W tamtym czasie reszta Europy żyła zabójstwem w Sarajewie arcyksięcia Ferdynanda, tymczasem we Francji pierwsze strony gazet zajmowały doniesienia z sali sądowej. Za miejsce w niej reporterzy płacili nawet 200 dolarów.

Ale tu, oprócz miłości i zemsty, w grę wchodziła jeszcze wielka polityka. Po raz pierwszy w historii Francji w procesie karnym na świadka wezwany został prezydent, a po nim dwóch byłych premierów, ministrowie i członkowie parlamentu. Wydawało się więc to ważniejsze niż kolejny incydent na Bałkanach. Na dzień przed wybuchem I wojny światowej Francuzi zdawali się nie widzieć świata poza sporem: Caillaux winna czy nie? Powinna zostać skazana czy nie? 28 lipca sąd wydał wyrok: niewinna. Tego samego dnia Austro – Węgry wypowiedziały wojnę Serbii.

Jak to możliwe, że sąd uniewinnił sprawczynię tak oczywistego zabójstwa? Byli przecież świadkowie, a sama zabójczyni od razu do wszystkiego się przyznała. Wyrok mógł być tylko jeden – kara śmierci lub dożywocie. Jej obrońcy musieli szukać więc niezwykłych okoliczności łagodzących. I znaleźli. Podparli się argumentami… naukowymi.

Na pomoc przyszły im teorie modnych w tym czasie nowych nauk – psychologii i socjologii. Miały one dużo do powiedzenia również na temat „psychologii zbrodni”. Odpowiedzialność za nią skłonne były przypisywać nie tyle świadomie podjętej decyzji, ile „siłom natury” drzemiącym w psychice człowieka, nad którym nie ma on kontroli. Chodziło o impulsy rodzące się w podświadomości, o których istnieniu świadomość nie ma pojęcia. Szczególnie podatne miały być na nie kobiety. XIX-wieczna psychologia wykreowała wizerunek kobiety jako istoty kierowanej nieposkromionymi popędami i miotanej niekontrolowanymi emocjami. Czyniły z niej godną współczucia ofiarę praw natury, ubezwłasnowolnionej przez nią. Nie mogła więc ona ponosić prawnych konsekwencji czynów popełnionych w „niekontrolowanym stanie emocjonalnym”.

Pani Caillaux miała zaś, zdaniem obrońców, aż nadto powodów, aby się w tym stanie emocjonalnym znaleźć. To redaktor Calmette sprawił, że nerwy wymknęły się jej spod kontroli. Nie zaplanowała morderstwa z premedytacją; działała pod wpływem silnego wzburzenia emocjonalnego, owładnęła nią pasja – właśnie owa niekontrolowana kobieca namiętność. Zbrodnię popełniła w afekcie, bez udziału świadomości, nie może więc za nią odpowiadać.

Z jednej więc strony obrona odwoływała się do tradycyjnych, romantycznych przedstawień kobiety jako istoty chwiejnej, emocjonalnej i rządzonej przez swoje namiętności. Z drugiej – do chłodnego języka nauki, która przypisywała wielką siłę odkrytemu właśnie niedawno systemowi nerwowemu i „nieświadomemu umysłowi” opisywanemu przez Freuda. Pani Caillaux miała być jednocześnie ofiarą niekontrolowanych emocji, jak i działania praw biologii, które determinują ludzkie zachowania.

Linia obrony okazała się skuteczna. Po siedmiu dniach procesu Henriette Caillaux odeszła wolna. Ława przysięgłych potrzebowała mniej niż godzinę, by uznać, że zabójstwo zostało dokonane bez intencji zabicia ofiary.

Nie tylko Henriette Caillaux wyszła z całej sprawy bez szwanku. Także jej mąż, choć zaraz po morderstwie podał się do dymisji i wydawało się, że jego kariera jest skończona, wrócił do polityki. Początkowo wiodło mu się w niej średnio, lecz zaszkodził mu nie postępek żony, lecz jego antywojenne poglądy. Przewodził frakcji, która sprzeciwiała się przystąpieniu Francji do wojny, a potem był przewodniczącym partii pokoju działającej na rzecz zawieszenia działań wojennych. Podróżował po świecie i próbował doprowadzić do zawarcia pokoju z Niemcami. Gdy jednak w 1917 roku premierem został zaprzysięgły wróg Niemiec Georges Clemenceau, wysiłki Caillaux legły w gruzach. Został nawet oskarżony o zdradę i aresztowany. Po wojnie jednak go zrehabilitowano i przez następne lata był członkiem jeszcze kilku rządów.

A jak potoczyły się losy Henriette? Zapisała się na studia i uzyskała dyplom paryskiej uczelni Ecole du Louvre, która kształci historyków sztuki i archeologów. Obroniła pracę na temat rzeźbiarstwa Julesa Dalou, a w 1935 roku wydała o nim książkę. Zmarła w 1943 roku, jej mąż rok później.

Henriette Caillaux

Źródło artykułu: Ewelina Dera, Wróżka 9/2017, Źródła zdjęć: [1] [2]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *