I wszystko dobrze się kończy

Znalezione obrazy dla zapytania opowieść wigilijna

Nie ma lepszego czasu na historie o duchach niż świąteczny wieczór przy kominku. Tak narodziły się wigilijne opowieści, z których najsłynniejsza jest ta napisana przez Karola Dickensa.

Wigilijna noc, duchy i stary, zgryźliwy skąpiec Ebenezer Scrooge. Kocha tylko pieniądze. I oto za sprawą przerażających czterech zjaw przemienia się na powrót w serdecznego i szczodrego człowieka, którym był za młodu. Najpierw staje przed nim Jakub Marley, jego zmarły partner w interesach, wlokący łańcuch swoich win popełnionych za życia – przestrzega go przed podobnym losem. Później przychodzą duchy minionych świąt Bożego Narodzenia, obecnych i przyszłych. Pokazują mu sceny z jego przeszłego życia i obecnego. A także przyszłego – jak będzie ono wyglądało, jeżeli nie zmieni swojego postępowania. Przerażony Scrooge przeżywa wewnętrzną przemianę i nim jeszcze skończą się święta, wszyscy zobaczą jego lepszą twarz i odczują hojność.

Oczywiście to „Opowieść wigilijna”, o której mówi się, że uczyniła Karola Dickensa „tym, który wynalazł Boże Narodzenie”. Wykreował je w społeczeństwach Zachodu, gdzie do dziś uchodzi za standard. I mimo że od jej powstania minie niebawem 200 lat, to jest ona wciąż jedną z najsłynniejszych świątecznych opowieści na świecie, tą najczęściej ekranizowaną. Ale nie jedyną, ani nawet nie pierwszą, w której podczas grudniowych świąt przychodzą goście z zaświatów.

Oto jesteśmy w starym, samotnym dworze na odludnej angielskiej prowincji. Jest Wigilia. Wokół płonącego kominka grupa przyjaciół snuje opowieści o duchach. Na wpół żartobliwa atmosfera gęstnieje, gdy do głosu dochodzi Douglas. Zaczyna czytać rękopis pozostawiony mu przez zmarłą przyjaciółkę, która wyjawia w nim straszne wydarzenia. Ta historia, według Douglasa prawdziwa, przebije wszystko, co wigilijni goście kiedykolwiek usłyszeli.

Młoda panna Grose przybywa do ponurej wiejskiej posiadłości, by zostać guwernantką ośmioletniej Flory i dziesięcioletniego Milesa. Dzieci są przeurocze, grzeczne. Wszystko wydaje się idealne. Do czasu, gdy kobieta odkrywa, że jej wychowankowie mają swoistych przyjaciół – zjawy poprzednich opiekunów. Co gorsza, relacje, jakie za życia łączyły ich z dziećmi, okazują się co najmniej niewłaściwe i takie też pozostają po ich śmierci. Guwernantka podejmuje walkę z upiorami, tym trudniejszą, że poza nią i dziećmi nikt ich nie widzi.

Słuchaczom opowieści Douglasa ciarki chodzą po plecach, ale czytelnikowi jeszcze bardziej. „W kleszczach lęku”, powieść napisana ponad sto lat temu przez Henry’ego Jamesa, nie jest bowiem prostą historią o duchach, która ma tylko nastraszyć czytelnika. Nie wiadomo bowiem, czy duchy… rzeczywiście istnieją. Jedyne, co jest tu na pewno prawdziwe, to narastający lęk guwernantki i coraz bardziej niejednoznaczne odczucia wobec tego, co się wokół niej dzieje. A może to jedynie jej urojenia, straszy ją tylko jej własny umysł? Może w tym odludnym, ponurym dworze postradała zmysły? A może dzieci nie są tak niewinne, jak się wydaje?

I znowu Londyn. Jesteśmy w mieszkaniu mężczyzny, który samotnie spędza pierwszy wieczór Bożego Narodzenia. To profesor Redlaw, wykładowca chemii, który od lat w święta zawsze jest sam. Wychował się w rodzinie, która go nie kocha, stracił siostrę, jedyną bliską mu osobę i przeżył zdradę przyjaciela. Mimo uznania zawodowego i wysokiej pozycji społecznej nie potrafi być szczęśliwy. Zgorzkniały, wciąż rozpamiętuje doznane kiedyś krzywdy. Chciałby o nich zapomnieć, ale gorycz i pretensje są zbyt duże.

W tę samotną wigilijną noc staje przed nim zjawa i proponuje pewien układ. Po krótkim wahaniu profesor się zgadza, jak zresztą sugeruje to tytuł opowiadania: „Nawiedzony, czyli pakt z duchem”.

Tak, znów Dickens i znów opowieść o konsekwencjach bożonarodzeniowego spotkania z zaświatami. Początkowo wydają się bardzo dla profesora korzystne. Zgodnie z paktem Redlaw zapomni zło, które go kiedykolwiek spotkało, a przykre wspomnienia ulegną wytarciu. W zamian każdy, z kim wejdzie on w bliższy kontakt, też zapomni o swojej przykrej przeszłości. Jednak Redlaw krótko cieszy się swoją wybiórczą amnezją. Odkrywa, że towarzyszą mu nieustanny gniew i wieczne pretensje, a on ich powodów nie potrafi wyjaśnić. Widmo zabrało mu wprawdzie pamięć o krzywdach, ale nie zabrało uczuć, które te krzywdy w nim pozostawiły. Redlaw doświadcza silnych negatywnych emocji, ale nie ma pojęcia dlaczego. Co gorsza, to samo dzieje się z ludźmi w jego otoczeniu, bo z kimkolwiek się zada, zaraża go swoim darem.

Gdy w końcu pojmuje konsekwencje paktu, postanawia go zerwać. Czy mu się to uda? Oczywiście, to przecież Dickens i kolejna opowieść wigilijna ku pokrzepieniu serc. Profesor Redlaw odzyskuje pamięć, ale teraz nie pielęgnuje już w sobie żalu ani goryczy. Staje się otwartym, wychodzącym ze skorupy samotności człowiekiem. Bo ważne jest wszystko, co dzielimy z innymi – radości, ale i smutki.

Ale co historie o duchach mają właściwie wspólnego z Bożym Narodzeniem? Dlaczego te radosne przecież święta stały się tak wdzięcznym powodem do zanurzania się w mroczne opowieści? Cóż, przypadają przecież na czas zimowego przesilenia, które już w najdawniejszych kulturach było kojarzone ze śmiercią słońca i światła. W najdłuższą noc w roku granica pomiędzy światem żywych i umarłych wydawała się najcieńsza. Wierzono, że w wigilię Bożego Narodzenia zmarli mogą wracać na ziemię, by zamknąć niedokończone sprawy, tak właśnie jak to uczynił duch Marleya w „Opowieści wigilijnej”.

Zresztą sezon na historie z duchami trwa dłużej niż samo Boże Narodzenie. A zimowe noce temu sprzyjają. Kiedy cała przyroda zdaje się popadać w letarg, zaczyna się pora wiedźm i upiorów. Ciemność uwalnia demony, które towarzyszą ludziom przez kolejne miesiące, aż do powrotu ciepła i światła.

Najlepsze zimowe opowieści z dreszczykiem powstały w Anglii. Na wsiach, w domach zagubionych w zasypanych śniegiem rozległych przestrzeniach, wokół kominka gromadziły się całe rodziny. W bezpiecznym fotelu, w cieple bijącym od ognia i ze szklaneczką rozgrzewającego grogu w dłoni słuchali historii wywołujących dreszcz grozy. Już w „Opowieści zimowej” Williama Szekspira jeden z bohaterów mówi: „Smutna historia jest najlepsza na zimę. Mam jedną – o duchach i goblinach”. Ale dopiero w czasach wiktoriańskich opowieści o duchach stały się nieodłącznym zwyczajem bożonarodzeniowym. Potem przeniósł się on z angielskiej wsi do miejskich domów klasy średniej. Ilustrowane magazyny już od końca listopada radziły, jak zorganizować idealne świąteczne przyjęcie z główną atrakcją w postaci konkursu na najlepszą „straszną opowieść wigilijną”.

Ale jest też całkiem nowa opowieść wigilijna. Jack i Mabel, starzejące się małżeństwo, nie może się doczekać wymarzonego dziecka. W swoim zgorzknieniu, szukając ukojenia i ucieczki od świata pełnego dzieci, przenoszą się na Alaskę. Nieskalana biel aż po horyzont kojarzy im się z nową, czystą kartą życia, w którym wszystko się jeszcze może wydarzyć. Któregoś dnia lepią ze śniegu postać małej dziewczynki. Dają jej czapeczkę i szalik. Gdy budzą się następnego dnia, figurki już nie ma. Dostrzegają za to ślady stóp i postać dziecka znikającą między drzewami. Później dziewczynka wraca, a oni obdarzają ją miłością. I próbują poznać jej tajemnicę. Nie rozumieją, jak i dlaczego zdarzył się ten cud. Ale jego zrozumienie tak naprawdę nie jest im potrzebne, by się nim cieszyć.

Tę historię opowiedziała młoda autorka z Alaski Eowyn Ivey w wydanej w 2011 roku powieści „Dziecko śniegu”. Ivey wykorzystała tu starą rosyjską opowieść ludową o ożywionej śnieżnej dziewczynce ulepionej przez parę samotnych staruszków. Książka stała się hitem czytelniczym niemal na całym świecie, a autorce przyniosła nominację do nagrody Pulitzera. To, że w drugiej dekadzie XXI wieku taka historia może podbić serca tylu ludzi, świadczy, że zimowe opowieści z niesamowitością w tle wciąż zachowują swój urok. I dla pisarza, i dla czytelników.

Źródło: Wróżka, Ewa Dereń, Źródło zdjęcia [1]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *