Cywilizacja na lodzie

Na zdjęciach satelitarnych Antarktydy zauważono trzy piramidy. Wyłaniają się ze śniegu jak egipskie z piasku pustyni. Kto mógł je zbudować? Przecież od trzech milionów lat kontynent ten pokryty jest lodem.

Naukowcy studzą emocje. Tłumaczą, że zagadkowe obiekty to nie piramidy, lecz skały, którym wiatr, śnieg, słońce i mróz nadały niezwykłe kształty. Geolodzy nazywają takie wystające ponad białą równinę szczyty nunatakami. Można je znaleźć także na Grenlandii i Spitsbergenie. Nigdzie jednak nie są to idealne ostrosłupy o tak gładkich ścianach. A jeśli nawet powstały w wyniku działania sił natury, to nikt nie wie, co kryje się pod grubą na 2-3 kilometry warstwą lodu, spod której się wyłaniają.

Zagadka jest tym ciekawsza, że Antarktyda nie zawsze była polarnym pustkowiem. Przed milionami lat stanowiła część olbrzymiego kontynentu – Gondwany. Panował na niej ciepły klimat, rosły wiecznie zielone lasy, po których biegały dinozaury. W wyniku ruchów skorupy ziemskiej Gondwana się rozpadała, stopniowo odłączały się od niej Ameryka Południowa, Afryka i Australia, reszta przesuwała się na południe i pokrywała lodem. Co pozostało pod nim? Na razie udało się odnaleźć trochę zwierzęcych kości i skamieniałych roślin. Antarktyda wciąż pozostaje najmniej znanym i najbardziej tajemniczym kontynentem.

Odkryto ją zaledwie dwieście lat temu, lecz poza garstką polarników nikogo zbytnio nie zainteresowała. Sytuacja zmieniła się w 1929 roku, gdy amerykański pilot wojskowy Richard Byrd jako pierwszy człowiek doleciał samolotem nad biegun południowy. Byłby to jedynie godny szacunku wyczyn, gdyby nie towarzyszące mu niezwykłe zdarzenia.

W pewnym momencie Byrd nadał przez radio szokująca wiadomość: „Przelatujemy nad pasmem górskim… dzieje się coś niezwykłego… Instrumenty pokładowe wariują… Powinniśmy mieć przed sobą lód i śnieg, a mamy zieloną dolinę… Światło jest tu zupełnie inne, nie widać słońca… Wykonuję zwrot w lewo i widzę jakby wielkie zwierzę… wygląda jak mamut… Na wprost pojawia się coś, co przypomina miasto…”. Gdy ten komunikat dotarł do bazy, z której wystartował Byrd, wszyscy osłupieli. Ponieważ odebrało go także kilka radioamatorów, wybuchała sensacja. Władze wojskowe starały się wyciszyć sprawę. Wydały komunikat, że pilot wyczerpany trwającym ponad 18 godzin lotem nad białym pustkowiem doznał halucynacji. Nie wszytkach to przekonało.

Teozofowie i okultyści dostrzegli w relacji Byrda podobieństwo do opisów Agharty – mitycznej krainy ukrytej we wnętrzu Ziemi. Mieli ją zamieszkiwać ludzie doskonalsi od nas, uduchowieni i niezwykle mądrzy. W ich podziemnym świecie nie panowały ciemności, rozświetlała go kosmiczna energia vril. Dzięki niej mogli stworzyć wysoko rozwiniętą cywilizację i konstruować urządzenia, o których nie śniło się zwykłym śmiertelnikom. Podejrzewano, że wejście do Agharty znajduje się w Himalajach, na tajemniczje wyskie Thule, w Tybecie albo pod piramidą Cheopsa. Komunikat przekazany przez Byrda sprawił, że do tej listy dołączono Antarktydę.

Mit Agharty był tak popularny, że zainteresował również niemieckich nazistów. Zwłaszcza szefa SS Heinricha Himmlera, który chciał w niej widzieć kolebkę rasy aryjskiej. By to potwierdzić, Niemcy zorganizowali wyprawę badawczą do Tybetu i kilka ekspedycji na Antarktydę.

W styczniu 1939 uczestnicy w wyprawie na lodowy kontynent piloci wykonali ponad 11 tysięcy zdjęć lotniczych. Ale Niemcy nie poprzestali na poszukiwaniach. Ustawili na wybrzeżu flagi III Rzeszy, kilkanaście innych zrzucili z samolotów w głębi lądu i ogłosili, że przejmują władzę nad częścią Antarktydy. Zajęte tereny nazwali Nową Szwabią. Oficjalnym celem ekspedycji było założenie bazy dla wielorybników, którzy zapewnią regularne dostawy tranu. Całej prawdy już nie poznamy, gdyż większość dokumentów związanych z ekspedycją uległa zniszczeniu podczas wojny. Zachowały się jednak informacje, że lotnicy odkryli gorące źródło otoczone zieloną roślinnością. Miejsce to do dziś nosi nadaną wówczas nazwę Oaza Schirmachera. Ponieważ Niemcy penetrowali Antarktydę jeszcze przed objęciem władzy przez Hitlera, po wybuchu II wojny światowej w amerykańskiej prasie pojawiły się domysły, że miasto które widział Byrd, nie było zwidem, lecz tajną niemiecką bazą wojskową. Władze USA uznały te pogłoski za wierutną bzdurę.

Jednak dziwnym trafem tuż po zakończeniu wojny, w grudniu 1946 roku, wysłały na Antarktydę potężną armadę. W stronę kontynentu popłynął lotniskowiec, krążownik, niszczyciel, okręt podwodny, 13 lodołamaczy i mniejszych jednostek. Na ich pokładach znajdowało się 12 śmigłowców i łodzi latających, 33 samoloty, 4700 żołnierzy, głównie piechoty morskiej. Towarzyszyła im 300-osobowa grupa naukowców. Ściśle tajna operacja otrzymała kryptonim „Wysoki skok” (Highjump). Jej dowódcą został kontradmirał… Richard Byrd!

Jeśli – jak twierdzono w Waszyngtonie – Antarktyda była bezludną, lodową pustynią, to po co wysyłano na nią tylu uzbrojonych po zęby żołnierzy piechoty? Czyżby jednak czegoś lub kogoś się obawiano? Gdy przygotowań do wielkiej ekspedycji nie dało się dłużej ukrywać, wydano lakoniczny komunikat, że jej celem jest przetestowanie sprzętu i ludzi w warunkach polarnych oraz badania naukowe.

„To jest wyprawa wojenna” – wymknęło się jednak Byrdowi. Na żadne dalsze pytania nie odpowiedział.

Bardziej rozmowny był w drodze powrotnej. 5 marca 1947 roku w wywiadzie dla wydawanego w Chile dziennika „El Mercurio” oświadczył, że „armia amerykańska musi być gotowa do odparcia ataku z rejonów arktycznych”. Gdy znów wybuchła sensacja, zastosował dobrze znaną sztuczkę – zrzucił winę na dziennikarza, który go źle zrozumiał. Przekonywał, że mówić o rejonach arktycznych, miał na myśli Syberię.

Być może. Musiał jednak złożyć wyjaśnienia przed specjalną komisją kongresu. Jej posiedzenie utajniono, ale według przecieków do prasy ponownie opowiadał o zielonej dolinie, dziwnym świetle i tajemniczym mieście. Władze zaprzeczyły, by takie słowa padły, a Byrd do śmierci w 1957 roku już nigdy nie wypowiedział się publicznie.

Gdy wydawało się, że wszyscy już zapomnieli o tej niesamowitej historii, ktoś – do dziś nie wiadomo kto – opublikował zapiski z dziennika admirała. To szczegółowy, minuta po minucie, opis jego lotu nad biegun.

Nie tylko powtórzył w nim to, co mówił wówczas, ale dodał też kilka nowych informacji. Najbardziej zdumiewający był zapis z godziny 11.35. „Nasze radio zatrzeszczało i usłyszałem, jak ktoś mówi po angielsku z nordyckim lub niemieckim akcentem: „Witamy, admirale, w naszym królestwie. Oczekujemy ciebie za siedem minut. Odpręż się, jesteś w dobrych rękach”. Rodzina Richarda Byrda oświadczyła, że „Dziennik” jest falsyfikatem, a krewny, który go rzekomo odnalazł, w ogóle nie istnieje. O sensacyjnych notatkach jednak nie zapomniano.

Kiedy pojawiły się informacje o piramidach na Antarktydzie, „Dziennik” Byrda natychmiast zaczął krążyć w internecie.

Pod koniec 2015 roku na kolejnych zdjęciach satelitarnych wypatrzono obiekt przypominający olbrzymie schody o szerokości 120 metrów. I sytuacja się powtórzyła. Zwolennicy teorii o śladach nieznanej cywilizacji uznali je za dzieło starożytnych inżynierów. Naukowcy odpowiedzieli, że to zwykłe skały odsłonięte przez topniejący lodowiec.

Oliwy do ognia niespodziewanie dolał szef amerykańskiej dyplomacji John Kerry, który 16 listopada 2016 r udał się z wizytą na Antarktydę. Nigdy dotąd tak wysoki przedstawiciel władz nie odwiedzał tego kontynentu. Bo z kim miałby rozmawiać, z pingwinami?

W internecie zaroiło się od komentarzy sugerujących, że Kerry chciał na własne oczy zobaczyć śnieżne piramidy. Sceptycy opowiadali żartami o jego ambicjach. Pokpiwali, że postanowił przejść do historii jako pierwszy człowiek, który ulepił bałwana w miejscu niedotkniętym dotąd ludzką stopą. Wiadomo jednak, że John Kerry jest gorącym obrońcom środowiska i – jak sam wyjaśniał – chciał osobiście zapoznać się ze skutkami ocieplenia klimatu dla Antarktydy. Bez odpowiedzi pozostaje jednak pytanie, dlaczego wybrał się tam akurat wtedy, gdy rozgorzała dyskusja o zagadkowych obiektach.

Nie mniej tajemnicze od piramid są ukryte pod grubą warstwą lodu antarktyczne jeziora. Ich istnieniu nikt nie zaprzecza, gdyż zostały już częściowo zbadane przez naukowców. Woda w nich jest tak słona, że chociaż ma temperaturę minus 13, to nigdy nie zamarza. To jednak nie wszystko. Naukowcy z amerykańskiego instytutu Desert Reaserch znaleźli w jeziorze Vida żywe bakterie. A przecież woda w ich komórkach powinna zmieniać się w kryształki lodu, co skazuje każdy organizm na pewną śmierć. Tymczasem mikroby nie tylko mają się znakomicie, lecz także znajdują pożywienie, rozmnażają się.

Do innego, znacznie większego i położonego głębiej pod lodem jeziora o nazwie Wostok niedawno dowiercili się Rosjanie. Nie wiadomo, co w nim znaleźli, gdyż swoje badania okryli szczelnie tajemnicą. Zapewniają jedynie, że nie natrafili na żadne prehistoryczne ruiny ani piramidy.

Prawdopodobnie nigdy ich tam nie było. Prawdopodobnie… bo chociaż piramidy są największymi budowlami wzniesionymi w dawnych czasach przez ludzi, to niełatwo je znaleźć. A szukać nie trzeba daleko, mogą być wszędzie.


Źródło artykułu: Kazimierz Pytko, Wróżka, Źródła zdjęć [1] [2] [3]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *