Wielki dramat komika – Adolf Dymsza

Znalezione obrazy dla zapytania adolf dymsza

Mógł być najjaśniejszą gwiazdą w historii polskiego kina. Gdyby nie wojna, liczna rodzina i jedna trudna decyzja, która wszystko zmieniła.
Do 1939 roku Adolf Bagiński (Dymsza, Dodek) wystąpił w 26 filmach i niemal wszystkie stały się szlagierami. „Paweł i Gaweł, „Każdemu wolno kochać” i „Dodek na froncie” nadal mają widzów, bo są śmieszne i świetnie zagrane.

Przed wojną Dymsza był prawdziwą gwiazda kina. U schyłku lat 30. zarabiał miesięcznie ponad 5 tys. złotych, gdy przeciętna pensja nie przekraczała 200 zł. Stać go było na luksusowego szewca, krawca, zakup drogich aut i stołowanie się na mieście. Bywał na torze wyścigów konnych i dyplomatycznych rautach.

O jego ślubie w 1928 roku mówiła cała warszawa. Wybranką aktora była Zosia Olechnowicz, tancerka, która po ślubie z Dymszą zrezygnowała z kariery. Urodziła mu siedmioro dzieci (troje najstarszych zmarło). Ale naprawdę trudne czasy dla rodziny Dymszów nastały podczas wojny. Aktor miał na utrzymaniu żonę, która po samobójczej śmierci matki była w depresji. Wychowywali trzy córki, a w 1944 urodziła się jeszcze najmłodsza Anita. Dlatego, mimo bojkotu ogłoszonego przez Związek Artystów Scen Polskich (ZASP), grał w teatrzykach koncesjonowanych przez niemieckiego okupanta. Zapłacił za to straszną cenę po wojnie. W 1945 roku sąd koleżeński ZASP zawiesił go na rok w prawach członka i nakazał przez trzy lata wpłacać 15 procent gaży z każdego występu na rzecz Domu Aktora w Skolimowie. Przez kilka miesięcy zamiast jego nazwiska na afiszach miały widnieć trzy gwiazdki. Dodatkowo na deskach teatrów warszawskich mógł się pojawić dopiero po 1950 roku. Przylgnęła też do niego łatka Dodek-kolaborant. I nie pomogły tłumaczenia, że pomógł wydobyć rąk Gestapo Czesława Skoniecznego, kolegę po fachu, aresztowanego za kolportaż „bibuły”, i że grał, bo musiał nakarmić dzieci.

Po wojnie osiadł w Łodzi, gdzie grał w tym samy repertuarze, co w teatrzykach okupacyjnych. I jakoś nikomu to nie przeszkadzało. W 1951 roku wrócił do Warszawy, do Teatru Syrena, gdzie występował aż do emerytury. Zatrudnił go przedwojenny reżyser Jan Fethe. Przypomniał sobie o nim także film. W „Sprawie do załatwienia” odtwarzał aż dziewięć postaci. Ale ról na miarę swojego talentu już nie dostawał. Za to dużo czasu poświęcał rodzinie. Kiedyś, podczas pobytu w Zakopanem, oddawał narty wnuka do naprawy. Spotkał pisarkę Magdalenę Samozwaniec, która spytała: „Panie Dodku, czemu ma pan takie małe narty?”. Odpowiedział: „A bo przyjechałem na krótko”.

Kochał żarty i miał ogromne poczucie humoru. Gdy w wieku 79 lat przechodził na emeryturę, zagrał u boku najmłodszej córki Anity w paradokumencie „Pan Dodek”. Pod koniec życia cierpiał na postępująca głuchotę i grał na scenie czytając z ruchu ust partnerów (znał na pamięć ich kwestie). Z czasem doszła choroba Alzheimera. Schorowana żona ani żadna z córek nie były w stanie opiekować się nim na stałe. Nie było dla niego miejsca także w szpitalu. Stary, bezradny, zapadnięty w siebie, wymagał specjalistycznej opieki. Z tego powodu nie przyjęto go do Domu Aktora w Skolimowie, który zarówno przed, jak i po wojnie sowicie opłacał. Zmarł w 1975 roku w Górze Kalwarii, w domu opieki prowadzonym przez siostry zakonne. Jak przystało na wielkiego artystę, w ostatniej drodze miał nadkomplet publiczności. Ale środowisko aktorskie, kiedyś tak okrutne dla niego, teraz nie miało litości dla jego córki Anity (wówczas żony Macieja Damięckiego). Wypominano jej, że oddała ojca – wielkiego aktora do przytułka. By uciec od złych języków wyjechała z Warszawy. Przez lata zmagała się z alkoholizmem. Zmarła w 1999 roku.

Źródło: Dobry tydzień, Źródło zdjęcia [1]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

66 + = 72